niedziela, 31 stycznia 2010

Dokąd zmierza dziennikarstwo

Światowy kryzys gospodarczy jaki zaistniał po upadku banku Lehman Brothers nie ominął również branży medialnej. Redukcje zatrudnienia, cięcia kosztów, problemy z płynnością finansową, a w najgorszych wypadkach zamknięcie redakcji. Wszystko tak, jak w większości innych firm.

A jednak nie sposób wyjść z założenia, że kryzys w świecie mediów zaczął się znacznie wcześniej i bynajmniej nie dotyczył on tylko problematyki finansowej. Nie jest to również wyłącznie kryzys dotyczący sfery technologicznej, gdzie Internet bezspornie wygrywa na polu szybkości dostarczanych informacji z telewizją, radiem i przede wszystkim prasą. Prasą, która wydaje się być w najgorszej kondycji ze wszystkich mediów.

Jednak problem dotyka także samego dziennikarstwa jako zawodu. Nierzetelne, nieprawdziwe bądź wyrwane z kontekstu informacje, sprowadzanie wiadomości do płaszczyzny emocji z pomijaniem meritum sprawy, to tylko jedne z wielu pozycji na liście zarzutów w stosunku do mediów.

Ponieważ można zaryzykować stwierdzenie, że wszędzie na świecie schemat rozwoju, świetności i upadku mediów wygląda podobnie, pozwolę sobie skoncentrować się na przykładzie Polski. Przypadku ciekawym o tyle, że widać tu w przyspieszonym tempie procesy zachodzące w innych krajach na przestrzeni wielu lat. Wynika to z prostej przyczyny, że polskie dziennikarstwo jest stosunkowo młode, nadal rozwijające się, a zarazem rzucone na głęboką wodę i zmuszone do zmagania się z problemami trawiącymi resztę świata.

Krótka historia mediów w Polsce

Media w Polsce niedawno obchodziły swoje dwudziestolecie. Dopiero bowiem w 1989r., podczas jednej z rozmów w Magdalence pod Warszawą, ustalono, że w Polsce zostanie zniesiona cenzura. Dzięki temu 11 kwietnia 1990 roku znowelizowano Prawo prasowe wprowadzając zapis „Prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej”. Jeszcze tego samego dnia Sejm jednogłośnie zniósł cenzurę.

Początki oczywiście były trudne. Jak prowadzić redakcję, o czym, a może przede wszystkim o kim, pisać. Z czasem jednak media w Polsce zaczęły nabierać pewności siebie i 10 lat później już nie wahały się opisywać różnych afer, działań władzy czy biznesu na styku cienkiej granicy prawa i bezprawia.

Powstaje co raz więcej tytułów prasowych, a także powstają pierwsze telewizje prywatne. Mniej więcej na lata 1999 – 2006r. przypada okres rozwoju tak zwanego dziennikarstwa śledczego. Następuje wysyp pierwszo stronnicowych afer „Watergate”, które zweryfikowane przez sądy w latach 2007- 2009r. okazują się zwykłymi paszkwilami.

Następnie mamy lata 2005 – 2007r. mocny podział społeczeństwa, ze względu na ówczesną władzę, a co za tym idzie nastąpił podział świata mediów często przekształcający się w otwartą wojnę między redakcjami.

W końcu lata 2008 – 2009r. światowy kryzys gospodarczy, który nie omija Polski.

Problemy prasy

Problemy prasy w stosunku do radia i telewizji wydają się być szczególne, a światowy kryzys je tylko dobitnie uwidocznił. Internet zrobił to, czego nie były wstanie uczynić radio i telewizja. Zmusił prasę do defensywy. Nastąpiło niesamowite zintensyfikowanie napływu informacji. Co minutę jesteśmy informowani o najnowszych zdarzeniach, które miały miejsce na świecie. Gazeta nie ma szans, by dokonywać tego na bieżąco. Już wprowadzenie radia i telewizji doprowadziło do rezygnacji z wydań tak zwanych wieczornych gazet.

Na podstawie powyższego niewątpliwie widać problem „technologiczny” prasy, jakim jest szybkość przekazu informacji jak również problemy logistyczne jakie by się z tym ewentualnie wiązały. Dodatkowo należy dodać zmianę pokoleń. Skoro dzisiejsza młodzież jest w stanie uzyskać informacje na dowolny temat z dowolnego miejsca na ziemi (w którym jest Internet) to po co ma czytać gazety?

Rodzi się zatem pytanie, jaki jest sens kupowania codziennej gazety, skoro informacje w niej zawarte są już „nieaktualne”? Przekłada się to, na zmniejszenie sprzedaży nakładu gazety co prowadzi w konsekwencji do dalszych problemów. W Polsce ten czynnik jest dodatkowo odczuwalny w wyniku spadku czytelnictwa w ogóle. Według badań większość Polaków preferuje telewizor nad słowo pisane.

Spadek sprzedaży gazet pociąga za sobą kolejne konsekwencje. Mniejsza ilość odbiorców sprawia, że reklamodawcy przestają być zainteresowani dalszym zamieszczaniem reklam. Tu należy zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze kryzys nie uniknął również rynku reklam, co za tym idzie chęć zamieszczania reklam w prasie spadła. Drugą rzeczą jest naturalne poszukiwanie jak największej ilości odbiorców, do których może dotrzeć, za mniejszą cenę. Powierzchnia reklamowa w gazecie może kosztować nawet 2.5 razy więcej niż w Internecie. To z kolei przekłada się na mniejsze wpływy wydawnictwa i konieczność szukania ich gdzie indziej. Najlepszymi sposobami od wieków jest reorganizacja redakcji, czyli zwykła redukcja zatrudnienia, oraz zwiększenie ceny egzemplarzowej.

Ponieważ zazwyczaj bardziej się opłaca zwolnić doświadczonego dziennikarza, który jest zatrudniony na umowę o pracę (czyli prócz wynagrodzenia trzeba mu opłacać stosowne składki na ubezpieczenie lekarskie oraz emeryturę) niż młodego, niedoświadczonego i pozbawionego warsztatu dziennikarza, w konsekwencji może to sprzyjać znacznemu osłabieniu jakości zawartych w nim tekstów. Dobrze obrazuje to przykład „dziennikarki”, która pisząc tekst zamiennie używała słowa Libia i Liban. Nie budzi wątpliwości, ze spadek jakości może pociągnąć za sobą dodatkowe zmniejszenie zainteresowania taką gazetą i w konsekwencji kolejny spadek sprzedaży.

Taki sam rezultat może wyniknąć w przypadku podwyższenia ceny egzemplarzowej gazety, chociaż w mniejszym zakresie. Tym samym powstaje efekt zamkniętego koła.

Ze zwiększeniem sprzedaży egzemplarzowej w Polsce gazety próbowały sobie poradzić między innymi poprzez niską politykę cenową. „Dziennik Polska Europa Świat” (kiedyś Axel Springer, dziś Infor) wchodząc na rynek i chcąc odebrać czytelników „Gazecie Wyborczej” zaatakował ceną 1zł (w tym czasie „Gazeta Wyborcza kosztowała 2 zł.). Doprowadziło to do upadku projektu „Dziennika”, który ostatecznie połączył się z inną gazetą („Gazetą Prawną”) i dziś ukazuje się w postaci „Dziennik Gazeta Prawna”.

Poza polityką cenową wysokość nakładu starano się utrzymać za pomocą prenumeraty. Pozwalało to na związanie czytelnika z gazetą na dłuższy okres czasu, w zamian dostawał on gazetę nawet o 75 % tańszą niż w kiosku. Wydawcy do nakładu dodawali również te egzemplarze, które trafiały do pociągów, samolotów, a nawet do Mc’Donalda. Sporą popularnością cieszyło się również dodawanie różnego rodzaju upominków do gazet – zazwyczaj płyt cd z muzyką bądź filmami.

Podobny sposób przyciągania klienta mają czasopisma odzieżowe, choć nie tylko – czasopisma budowlane też tak robią, zamieszczają one kupony rabatowe do wykorzystania w poszczególnych sklepach. Takie czasopismo ma zwiększoną sprzedaż, a sklep zwiększone obroty. W wielu przypadkach jednak taki czytelnik nie jest czytelnikiem stałym, a jego zainteresowanie kończy się wraz z wyciągnięciem kuponu.

Czy zatem mając na uwadze co powyższe i biorąc pod uwagę, że kryzys finansowy tylko nasilił te zjawiska, można uznać, iż rynek prasowy odejdzie do lamusa? Wydaje się, że nie.

Rzeczywiście wiele gazet codziennych zdało sobie sprawę z faktu, że trend spadkowy jest nieunikniony i nawet koniec kryzysu go nie powstrzyma. Spowodowało to, że w wielu krajach redakcje zaczęły uciekać do Internetu, gdzie koszta są o wiele mniejsze. Kolejny krok zrobił „The New York Times” który zamierza udostępniać swoje informacje odpłatnie.

Możliwe jest jednak jeszcze takie rozwiązanie, gdzie gazeta staje się dobrem luksusowym ewentualnie jest drukowana na życzenie. To ostatnie rozwiązanie jest już możliwe w Niemczech w Hamburgu. W specjalnym kiosku można sobie wydrukować w zasadzie dowolną gazetę ze świata.

Gdyby nawet jednak gazeta codzienna się nie utrzymała, to wydaje się, że tygodniki polityczne, prasa fachowa czy plotkarska jeszcze długo może się utrzymać. Tygodniki będą musiały się jednak dostosować w ten sposób, że postawią na rozwiniętą publicystykę (niewykluczone, że zrobią tak również gazety codzienna, utrzymując się tym samym na rynku). Funkcja informacyjna zejdzie na boczny tor, a prym zaczną wieść funkcja opiniotwórcza – czyli kształtowania poglądów społeczeństwa na sprawy dla niego istotne – oraz funkcja łącznika społeczeństwa z władzą.

Prasa fachowa co do zasady ma niezmienną ilość odbiorców, co za tym idzie nie mają dla czytelników znaczenia skoki cenowe, które w takim wypadku są mało odczuwalne (zmiana ceny gazety codziennej o 50 gr. daje w ciągu miesiąca stratę w wysokości ok. 15 zł miesięcznie. Wzrost ceny dajmy na to dwutygodnika nawet o 5zł daje ubytek w budżecie domowym w wysokości 10 zł.). Straty w tym przypadku dotyczą bardziej zmniejszenia się aktywności rynku reklamowego wynikającego z kryzysu.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden dość istotny aspekt. Dziś trudno sobie wyobrazić redakcję prasową, która nie posiadałaby swojej strony internetowej. Często informacje w internetowym wydaniu są bardziej rozbudowane od tych w wydaniu papierowym. Jeżeli zatem gazety codzienne wycofają się tylko do Internetu to czy jednak nie będzie to bardziej na zasadzie postępu?

Dodatkowo zwróćmy uwagę, że ostatnio dużo mówi się o urządzeniu zwanym „Kindle”. Jest to przenośne urządzenie do czytania e-booków, wprowadzone przez firmę Amazon.com na rynek amerykański w listopadzie 2007 roku. Jednakże prócz książek, ze strony amazon.com można ściągać również aktualne wydania coraz większej ilości gazet. Warto dodać, że nie jest to jedyne takie urządzenie na świecie, powstaje ich co raz więcej, a zatem niedługo będzie ogólnodostępne. Jest to kolejny krok na drodze do rezygnacji z papieru.

Zauważmy, że w zależności od słowa, poszerzanie bądź zawężanie się jego znaczenia jest procesem naturalnym. Może zatem dojść do sytuacji, gdzie „gazeta codzienna” tak naprawdę będzie się odnosiła do informacji dostarczanych codziennie, bez względu na rodzaj nośnika informacji. Tak jak do tej pory nośnikiem informacji jest papier, tak teraz byłyby nim nowe urządzenia.

Powyższe potwierdza bardzo szybki rozwój rynku internetowego poprzez jego dostosowywanie do telefonii komórkowej. Przeglądanie wiadomości na smartphonach czy nawet „zwykłych” komórkach nie jest dziś już niczym nadzwyczajnym. Jest to szansa na dotarcie do młodszego pokolenia, dla którego notepady oraz smartphony są czymś naturalnym. Prawa rynku są bezwzględne i kto nie chce zginąć musi się dostosować.

Zatem „koniec” gazet, nawet w papierowym wydaniu, wcale nie jest przesądzony, istnieje całkiem spore pole do popisu problemem jest tylko jego umiejętne wykorzystanie.

Problem Tabloidyzacji mediów

Większym problemem dla świata mediów wydaje się ich tabloidyzacja, bynajmniej nie sprowadzająca się tylko do prasy, chociaż od niej pochodząca. Powyżej pisałem o tym, że ogólnie poczytność gazet spada oraz podałem powody takiego stanu rzeczy. Temu schematowi niejako wymykają się tabloidy. Są jednymi z niewielu gazet, które utrzymały ilość sprzedanych egzemplarzy na podobnym poziomie jak przed kryzysem, pomimo podniesienia ceny, redukcji zatrudnienia itp.. To samo tyczy się prasy plotkarskiej. Dlaczego?

Można pokusić się na odpowiedź, że jest to wyrazem popytu społeczeństwa na to „dobro”. W samej Polsce „Fakt” miał nakład większy o prawie 100tyś egzemplarzy od opiniotwórczej gazety, jaką jest „Gazeta Wyborcza”. Skoro więc taka treść ma większą sprzedaż, to zapewne jej przeniesienie do telewizji również zwiększy oglądalność.

Najlepszym tego przykładem jest wysoka popularność takich programów jak „Big Brother”, „Idol”, „Mam talent” czy „Taniec z gwiazdami”, które nie niosą za sobą tak naprawdę żadnych wartości, a ostateczny wynik zależy tak naprawdę nie od umiejętności ale od osobistych upodobań widzów.

Z drugiej strony mamy serwisy informacyjne, które mają spadającą oglądalność. Zatem żeby przyciągnąć widza, również, zdawałoby się, ambitne programy telewizyjne zaczynają iść bardziej w kierunku sensacyjności, emocji i „show” niż „zwyczajnego” informowania widzów.

Warto jednak zauważyć, że tabloidyzacja mediów bardziej dotyczy telewizji i gazety codziennej. Jest mniejsza w stosunku do tygodników oraz czasopism fachowych oraz do radia. W przypadku tygodników opinii szybkość pozyskiwania informacji nigdy nie była priorytetem, bardziej chodziło o rzetelną informację i pogłębioną analizę.

Dodatkowo mediom wyrosła konkurencja w postaci tak zwanego „dziennikarstwa obywatelskiego”. Sprzyja temu, tyle razu już przywoływany, rozwój Internetu, gdzie każdy może mieć swojego bloga, fonologa czy videobloga, zamieszczać własne filmiki na youtube i wiele innych. Kilka redakcji próbuje wykorzystać „potencjał” obywateli, jednak z różnym skutkiem. Tylko nasuwa się pytanie, czy gdy każdy może być dziennikarzem to czy nie wpłynie to na samo dziennikarstwo? Na zasadzie kontrastu można zapytać, czy gdyby wszyscy mogli nagle zostać „lekarzami obywatelskimi”, to czy liczba chorych by wzrosła, czy też mogłoby się wydarzyć coś zgoła innego?

Kolejnym problemem jest sposób prowadzenia dziennikarstwa. Sposób w jaki uzyskiwane są informacje, ich weryfikacja, podanie do publicznej wiadomości – wszystko to ostatnio pozostawia wiele do życzenia tak pod względem etycznym jak i niestety prawnym. Widać to w szczególności na przykładzie dziennikarstwa śledczego, które powinno cechować się szczególnego rodzaju starannością i dokładnością. Natomiast w samej Polsce na przestrzeni kilku ostatnich lat mamy okazję przyglądać się powstawaniu pewnej karykatury dziennikarstwa. Wielkie wyobrażenie o sile tego rodzaju żurnalistyki wynikało z mitu „Afery Watergate” gdzie dwoje dziennikarzy doprowadziło do obalenia prezydenta. Dziś dochodzi natomiast do sytuacji, gdzie śledztwo jest wymyślone od początku do końca, bądź kompletnie nierzetelne. Trudno do końca dociec co jest przyczyną takiego załamania się standardów. Wydaje się jednak, że zawsze tam gdzie trafiają nieodpowiedni ludzie dochodzi do nadużyć.

Trochę inaczej widzi to prof. Stephen Russ – Mohl w art. „Błędne Koło” Werbewoche, nr 43, Grudzień 2004. powołując się na wyniki badań Andrei Shleifer z Uniwersytetu Harvarda, uważa, że przyczyną niskiej jakości dziennikarstwa jest kapitalizm, a dokładniej mówiąc wolny rynek. Ponoć na podstawie przeprowadzonych obserwacji okazało się, że ludzie konkurując ze sobą by osiągnąć zamierzony cel, coraz dalej przesuwają granicę w dopuszczalnych działaniach. Coś co kiedyś było nie do pomyślenia, nie tylko jako nieetyczne ale wręcz bezprawne, dziś zaczyna stawać się powszechne.

Dochodzi więc do sytuacji, w których postępowanie etyczne staje się drogie i nieopłacalne, co ostatecznie doprowadza do uprawiania mniej profesjonalnego dziennikarstwa, pozbawionego w dodatku oparcia w etyce.

Jako pocieszenie ma natomiast działać fakt, iż im bogatsze staje się społeczeństwo tym większa wola płacenia za postępowania etyczne. Powoduje to bowiem, że sankcje tak moralne jak i prawne działają o wiele lepiej w państwach zamożniejszych.

Na tej podstawie Russ – Mohl stawia pytanie, czy standardy etyczne w mediach są dobrem luksusowym i kiedy jesteśmy gotowi za nie płacić. Czy tylko w okresie dobrobytu?

Jego pytanie zostało zadane 5 lat temu, wydaje się jednak nadal aktualne. Czy i ile jesteśmy bowiem gotowi zapłacić? Czy dzięki temu dziennikarstwo odzyska swój prestiż? Możliwe. Tylko, że wtedy jakże smutnym wydaje się stare powiedzenie, że „pieniądz rządzi światem”.

W pamięci warto mieć jednak również fakt, że w momencie osiągnięcia dna można się już tylko odbić. Koniec kryzysu pokarze, w którym kierunku pójdzie dziennikarstwo. Pamiętać jednak musimy, że jeżeli dziennikarstwo nie odzyska swojego „blasku” to będzie to również nasza wina. Media spełniają tylko nasze zachcianki.



niedziela, 24 stycznia 2010

Wyścig - Dziennikarz/Prokrator.

Kto pierwszy ten lepszy?

Odpowiedzialność dziennikarzy z art. 241 k.k.

Publiczne rozpowszechnianie wiadomości z postępowania przygotowawczego bez zezwolenia jest typowym przestępstwem przeciwko wymiarowi sprawiedliwości z artykułu 241 k.k., jakie może popełnić dziennikarz na etapie publikacji. Będzie tu chodziło o każde publiczne rozpowszechnianie, czyli także (a w zasadzie przede wszystkim) za pomocą środków masowego przekazu.

Celem tego przepisu jest zapewnienie prawidłowego funkcjonowania organów ścigania, jak również w pewnych przypadkach tajemnic: państwowej, służbowej czy też każdej innej ustawowo chronionej oraz dobra osoby fizycznej.

Jest to przestępstwo formalne, tak więc dla jego bytu nie ma znaczenia, czy rzeczywiście doszło do naruszenia funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości.
Co najważniejsze, dla bytu tego przestępstwa istotne jest, by toczyło się postępowanie przygotowawcze. Brak będzie naruszenia przepisów, jeżeli dziennikarz napisze o przypadkach łamania prawa/nadużyć, o których organa ścigania nie wiedziały, lub co do których nie wszczęto postępowania. W judykaturze uznaje się, że w przypadku kiedy dziennikarz prowadzi prywatne śledztwo, nie będące przedmiotem zainteresowania organów ścigania, może on publikować nie tylko wyniki tego śledztwa ale również zamieszczać imiona i nazwiska sprawców. Dopiero w momencie wszczęcia postępowania następuje ograniczenie w postaci art. 241 k.k. jak również art. 13 p.p.

Prawo prasowe w powyższym artykule pod tym względem zakazuje wypowiadać w prasie opinii co do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowym przed wydaniem orzeczenia w I instancji (co jest wynikiem konstytucyjnej gwarancji domniemania niewinności). Ponadto zakazuje publikacji w prasie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, jak również danych osobowych i wizerunku świadków, pokrzywdzonych i poszkodowanych, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę albo właściwy prokurator lub sąd wyda zezwolenie.

Mając na uwadze powyższe należy dodatkowo zwrócić uwagę na art. 266 k.k., który stanowi iż „Kto, wbrew przepisom ustawy lub przyjętemu na siebie zobowiązaniu, ujawnia lub wykorzystuje informację, z którą zapoznał się w związku z pełnioną funkcją, wykonywaną pracą, działalnością publiczną, społeczną, gospodarczą lub naukową, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Tak więc w przypadku publikacji przez dziennikarza danych o których mowa w art. 13 p.p. będzie on pociągnięty do odpowiedzialności za ujawnienie wbrew przepisom prawa prasowego informacji, które uzyskał w związku z wykonywaną pracą.

Tak więc pomimo tego, że prawo prasownie nie przewiduje sankcji za naruszenie art. 13 p.p., to jednak w zależności od sytuacji może on naruszyć art. 241 k.k. albo 266 k.k. a nawet oba.

W doktrynie zauważa się, iż ujawnianie informacji z prawomocnie umorzonego postępowania nie jest naruszeniem przepisu art. 241 §1 k.k. co wynika również z art. 5 ustawy o dostępie do informacji publicznych z dnia 6 września 2001r. Również sąd słusznie zauważył, iż po prawomocnym umorzeniu śledztwa nie ma już możliwości utrudnienia lub uniemożliwienia postępowania karnego.

Musi być bowiem spełnionych kilka przesłanek, by móc pociągnąć dziennikarza do odpowiedzialności z powyższego artykułu:

- Zgoda organu procesowego – Chodzi tu o organ, który może ocenić, czy rozpowszechnienie danej wiadomości nie zaszkodzi postępowaniu. R. A. Stefański za taki organ uważa prokuratora w postępowaniu przygotowawczym a po wpłynięciu aktu oskarżenia – Sąd.

Gdyby w więc w jakiejś sprawie prokurator w postępowaniu przygotowawczym wydał zezwolenie, nie byłoby żadnych wątpliwości, że dziennikarz może opublikować zeznania świadków. W przypadku zaistnienia tej przesłanki sprawdzanie kolejnych dwóch staje się bezcelowe.

Zezwolenie takie powinno być wydane w formie postanowienia. W przypadku prokuratora na takie postanowienie służyłoby zażalenie, natomiast postanowienie Sądu byłoby ostateczne. W zależności od tego, czy dotyczyłoby to tylko konkretnego dowodu czy też wszystkich dotyczących sprawy, postanowienie to byłoby szczególne bądź ogólne.

- Informacje muszą wynikać z postępowania przygotowawczego i muszą mieć z nim związek. – Jeżeli więc dziennikarz sam dotarł do wszystkich informacji, nie korzystając z „przecieków” lub informacji nie znanych organom procesowym, również w tym wypadku, nie nastąpi naruszenie przepisu art. 241 k.k. Chodzi tu mianowicie o tak zwane prywatne śledztwo. Trzeba się natomiast zgodzić z poglądem prezentowanym przez M. Szewczyka, iż tego rodzaju działanie może być w pewnych przypadkach postrzegane jako poplecznictwo, jeżeli utrudnia lub udaremnia prowadzenie postępowania.

W powyższej sprawie zamieszczono zeznania świadków, niewątpliwie pochodzące z postępowania przygotowawczego. Nie były to dobrowolnie udzielone wypowiedzi dla gazety. Tak więc i w ten warunek nie zostałby spełniony, by nie pociągać dziennikarza do odpowiedzialności.

- Informacje muszą zostać rozpowszechnione publicznie – chodzi tu o sprawienie, by informacje te były ogólno dostępne i każdy mógł się z nimi zapoznać. Nie ma natomiast znaczenia, czy nastąpi do za pomocą prasy, telewizji czy Internetu, regionalnie czy lokalnie.

Tym samym samo wejście w posiadanie informacji jak i ujawnienie jej garstce osób nie będzie stanowiło jeszcze przestępstwa z art. 241 §1 k.k., chociaż przy zaistnieniu dodatkowych przesłanek można by było pociągnąć dziennikarza do odpowiedzialności z art. 267 k.k.

Wszystkie poczynione wyżej uwagi odnosić się będą również do § 2 omawianego artykułu, czyli do rozpowszechniania publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności.

Zastanówmy się teraz nad odpowiedzią na pytanie postawione we wstępie do omówienia artykułu 241 k.k.. Kto pierwszy ten lepszy? Prawidłowa odpowiedź wydaje się brzmieć „tak”. Jednak nie jest to do końca zgodne z prawdą. Rzeczywiście, w wyścigu dziennikarz – organa ścigania pierwszeństwo wydaje się mieć znaczenie, jednakże będzie ono marginalne w przypadku gdy to organa będą drugie. Należy pamiętać, że to bowiem dziennikarze często są „informatorami o popełnionym przestępstwie”. Nie ma wątpliwości, iż jeżeli to oni jako pierwsi dotrą do sprawy nie ma mowy o możliwości pociągnięcia ich do odpowiedzialności z art. 241 k.k. Brak bowiem w tym przypadku postępowania przygotowawczego, które wprowadzałoby ograniczenia. Rzeczywiście, istnieje pewne niebezpieczeństwo, iż działania dziennikarza utrudnią przyszłe postępowanie a nawet je zniweczą („podejrzani” bowiem staną się ostrożniejsi lub zaczną pozbywać się „dowodów”) jednakże nie poniosą z tego powodu żadnych sankcji karnych.

Jeżeli natomiast będą drudzy, nic nie stoi na przeszkodzie śledztwa prywatnego. Doktryna jest w zasadzie zgodna co do tego, iż jeżeli dziennikarz uzyskał informacje inną drogą niż od organów ścigania, również nie będzie podpadał pod paragraf. Natomiast wspomniana zgoda prokuratora dawałaby dodatkowo możliwość wglądu w akta sprawy.

Biorąc pod uwagę co powyższe należy stwierdzić, że pomimo tego, iż „wyścig” się może i skończył ale dziennikarz może biec dalej.

Nasuwają się jednak dwa pytania. Pierwsze, czy powzięcie przez dziennikarza informacji od dajmy na to policji, iż ma być przesłuchana dana osoba, dotarcie do niej i przesłuchanie jej a następnie upublicznienie jej zeznań będzie już wypełnieniem znamion przestępstwa z art. 241 k.k.? Wydaje się, że nie, skoro jedyną informacją w tym względzie będą dane osobowe a przecież dziennikarz nie musi ich publikować. Ponadto doktryna stwierdza, iż jeżeli świadek ujawniając informacje znane im nie z postępowania przygotowawczego, nawet jeżeli później zostały one do tego postępowania włączone, nie popełnia przestępstwa z art. 241 k.k. Wydaje się, że tym samym dziennikarz będzie wyłączony od odpowiedzialności jeżeli te informacje nie zostały jeszcze włączone do postępowania. Tym bardziej nie, jeżeli ta osoba nie wiedziała jeszcze o swojej przyszłej roli procesowej.

Drugie pytanie natomiast dotyczy tego, czy „wtórne” przesłuchanie świadka przez dziennikarza będzie przestępstwem z art. 241 k.k.? Mając na uwadze powyżej przytoczony komentarz na pewno nie popełni przestępstwa świadek. Czy zatem, jeżeli przyjmuje się, iż nie rozpowszechnia wiadomości z postępowania świadek, nawet po włączeniu jego zeznań do postępowania, to czy ujawnienie tego przez dziennikarza będzie naruszeniem przepisów? Teoretycznie wydaje się, że dziennikarz może opublikować wypowiedź takiego świadka. Sytuacja wydaje się łatwiejsza, gdy do danej osoby dotarł sam. Natomiast przy założeniu, że jeżeli świadek nie popełnia tego przestępstwa to pociągnięcie do odpowiedzialności dziennikarza byłoby nadużyciem. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie by to sam świadek chodził i upubliczniał swoje zeznania.

Należy się jeszcze zastanowić nad paroma kwestiami powiązanymi niejako z omawianym artykułem. Otóż, w doktrynie istnieje zgoda co do tego, iż pisanie o plotkach, faktach zmyślonych lub niezwiązanych z toczącym się postępowaniem jako o rzeczach z nim związanych (czyli „spełnienie” drugiej przesłanki), samo w sobie nie stanowi przestępstwa z art. 241 k.k. Istnieje jednak założenie, iż dziennikarz może narazić się w takim wypadku na odpowiedzialność karną albo z art. 235 k.k. albo 239 k.k..

środa, 20 stycznia 2010

Alternatywne sposoby rozwiązywania sporów

Alternative Dispute Resolution

Łatwiej, szybciej i przyjemniej

Człowiek ma tendencję do jak największego upraszczania sobie życia. Nie jest to bynajmniej jakieś nowe dążenie w naszym zachowaniu, lecz całkiem stałe postępowanie od niepamiętnych czasów. W każdej dziedzinie życia człowiek stara się znaleźć jakiś sposób, by nie tylko łatwiej mu było coś zrobić, ale również by skrócić czas, jaki jest do tego potrzebny.

Tak więc nie dziwi nikogo fakt, że i prawo podlega tym samym regułom. Chyba każdy wie, jak długo może się toczyć postępowanie przed sądem, ile lat może ciągnąć się dana sprawa. Można się o tym przekonać osobiście, od kogoś bliskiego czy chociażby z gazet. Dlatego i w prawie powstają coraz to nowe sposoby rozwiązywania sporów.

Sposoby rozwiązywania sporów

Alternative Dispute Resolution zwane w skrócie ADR oznacza: „alternatywne rozwiązywanie sporów”. Należą do nich Arbitraż, Mediacja, Arb –Med ., Med – Arb , Neg-Arb , ODR . W Polsce znany jest nam Arbitraż oraz od niedawna Mediacja . W niniejszym artykule zajmiemy się natomiast Arb – Med oraz Med – Arb, będące hybrydami powyższych dwóch sposobów rozwiązywania sporów, nie stosowanymi w prawie polskim. Stosuje się je natomiast między innymi w Afryce Południowej w przemyśle samochodowym i stalowym, w Stanach Zjednoczonych w policji i straży pożarnej. Ponadto Med – Arb używane jest w Stanach Zjednoczonych przemyśle lotniczym a ostatnio również Arb – Med.
Zanim jednak do nich przejdziemy należałoby omówić, przynajmniej w skrócie, ich podstawowe formy.

Arbitraż - może mieć charakter bądź jednorazowy bądź instytucjonalny. W arbitrażu jednorazowym każda ze stron sporu wybiera własnego arbitra (lub arbitrów), a ci następnie powołują superarbitra. Tak wybrany skład rozstrzyga spór w oparciu o uzgodnione wcześniej zasady. Arbitraż instytucjonalny funkcjonuje w oparciu o profesjonalną organizację zajmującą się arbitrażem. Stanowi on alternatywę dla kosztownego i czasochłonnego sądownictwa powszechnego. Jest tańszy i działa szybciej. Zaletą niewątpliwie jest również poziom specjalizacji arbitrów. Wybierani przez strony zwykle rekrutują się z grona przedstawicieli danej dziedziny. Aby spór mógł być rozstrzygnięty przez sąd arbitrażowy, strony stosunku prawnego muszą na to wyrazić zgodę w formie zawarcia umowy lub klauzuli w umowie łączącej strony, zwanej zapisem na sąd polubowny.

Mediacja - dobrowolny i poufny proces dochodzenia do rozwiązania sporu, prowadzony w obecności osoby neutralnej – mediatora .Mediacje różnią się od rozstrzygnięć instytucjonalnych (w tym sądowych) przede wszystkim tym, że ich celem nie jest ustalenie, kto ma rację, ale wypracowanie rozwiązania satysfakcjonującego strony sporu. Mediator nie ma władzy podejmowania decyzji merytorycznych. Jego celem jest pomoc zwaśnionym stronom w dobrowolnym osiągnięciu ich własnego, wzajemnie akceptowanego porozumienia w spornych kwestiach.

Wiedząc już czym jest arbitraż i mediacja, łatwiej nam będzie wyobrazić sobie, na czym polegają ich hybrydalne formy.

Przy Med – Arb strony z góry zgadzają się na to, że osoba neutralna będzie prowadziła mediacje, a w razie konieczności, jeżeli porozumienie nie zostanie osiągnięte, arbitraż. Jeżeli porozumienie zostanie zawarte podczas mediacji, strony podpisują wiążącą je ugodę, lub też osoba neutralna, którą wybrali, przekształca ją w wyrok arbitrażowy. Jeżeli podczas mediacji nie dojdzie natomiast do porozumienia we wszystkich kwestiach, mediator przechodzi w arbitra by je rozwiącać.
Jest kilka odmian Med – Arb, między innymi niewiążące , używane rzadko ze względu na brak pewności, co do rozwiązania sporu. Medaloa , gdzie arbiter sam nie dokonuje decyzji, lecz wybiera jedną z dwóch ostatecznych wersji przedstawionych mu przez strony oraz Med-Arb Show Causa gdzie…

Arb – Med jest odwróceniem Med – Arb. Wyrok arbitra zostaje zapieczętowany i nie zostaje ujawniony stronom, które przechodzą do mediacji z arbitrem w roli mediatora. Jeżeli strony dojdą do porozumienia i zawrą ugodę to wyrok arbitra nigdy nie zostanie ujawniony. Gdyby jednak strony nie doszły do porozumienia we wszystkich kwestiach, to arbitro – mediator poda swój wyrok by rozwiązać spór.
Jak to jednak bywa, nic nie przechodzi bez krytyki. Oba sposoby mają tyle samo zwolenników co przeciwników.

Plusy i minusy

Niewątpliwym plusem obu sposobów rozwiązania sporów jest to, iż nie ważne czy to za ugodą czy wyrokiem sądu arbitrażowego, sprawa będzie rozwiązana. Strony są wolne do wprowadzenia limitów czasowych, które mają określić ile dana część postępowania będzie trwała. Przy samej mediacji istnieje ryzyko, że strony nie dojdą do porozumienia we wszystkich kwestiach, przy arbitrażu takie ryzyko nie istnieje, jednakże strony są pozbawione możliwości zawarcia własnej ugody.

Ponadto, jeżeli osoba neutralna w sporze ma uprawnienia do prowadzenia obu tego rodzaju procesów, następuje zaoszczędzenie tak czasu jak i pieniędzy w momencie połączenia. Łatwo bowiem sobie wyobrazić sytuację, w której korzystając z mediacji nie dochodzimy do porozumienia i postanawiamy skorzystać z arbitrażu. Tracimy czas jaki poświęciliśmy na mediacje, tracimy czas jaki zajmie znalezienie arbitra, zapoznanie się go ze sprawą i oczywiście pieniądze.

Również rady mediatora w obu postępowaniach mają większą wartość niż przy zwykłej mediacji, jako że w Med – Arb do niego należy ostatnie słowo jako arbitra, natomiast w Arb – Med może on dawać do zrozumienia swoimi radami to, jak wygląda jego wyrok jako arbitra.
Jeżeli chodzi o minusy, to trzeba pamiętać, że w przypadku Arb – Med, jeżeli w trakcie mediacji dojdzie do porozumienia to tak naprawdę czas i pieniądze poświęcone na arbitraż zostaną zmarnowane. Również sugestie mediatora w fazie mediacji mogą być uznane za wskazówki jak wygląda wyrok wydany w fazie arbitrażu.

W Med – Arb natomiast, w fazie mediacyjnej, strony mogą dawać do zrozumienia przyszłemu arbitrowi jaki wyrok byliby w stanie zaakceptować, tym samym niejako wpływając na ostateczny wynik.

Arbiter, w fazie mediacji po usłyszeniu nieformalnych wiadomości od jednej ze stron w trakcie arbitrażu może być stronniczy.

Strony mogą wykorzystywać fazę mediacji jako swoiste przygotowanie gruntu pod arbitraż sprawiając, że prawdopodobieństwo arbitrażu jest większe poddając pod wątpliwość przydatność mediacji.

Oczywiście każdy problem może być rozwiązany. Następują sugestie, by dwie neutralne osoby brały udział w Med – Arb w fazie mediacji. Mediator, który ma za zadanie doprowadzić do ugody oraz arbiter, który siedziałby z boku by wiedzieć czego sprawa dotyczy, lecz w żaden sposób nie ingerować i nie mieć kontaktu ze stronami. Tym samym zarzut o stronniczość będzie ograniczony.

Inny pomysł to dać możliwość wyboru stronom, czy chcą by arbitraż przeprowadzała ta sama osoba czy inna.

Jakkolwiek by nie spojrzeć, większość wątpliwości dotyczy bardziej osoby, która miałaby być arbitro – mediatorem niż samych hybryd.

Med – Arb i Arb – Med w Polsce?

Pomimo swoich zalet oraz wad, które nie są nie do rozwiązania, trudno mówić o popularności obu w Europie, bowiem chwilowo brak regulacji w tej kwestii, co nie oznacza braku zainteresowania. Jak zwykle unowocześniania potrzebują czasu, by inni mogli się do nich przyzwyczaić, czasem nawet pogodzić.

W Polsce chwilowo wprowadzenie obu instytucji wydaje się mało prawdopodobne. Dopiero od niedawna działa u nas mediacja, Polacy dopiero się do niej przekonują i dopiero co zaczynają korzystać.

Kolejnym powodem, dla którego nie tak szybko usłyszymy w naszym prawie o tego typu sposobach rozwiązywania sporów jest to, iż Polacy z natury negatywnie podchodzą do różnego rodzaju nowości, nie tylko w prawie.

Również fakt, że nasi sąsiedzi nie stosują jeszcze powyższych udogodnień, sprawia, iż Polacy nie zechcą się wychylać.

Pomijam to, że zanim tego typu sposoby rozwiązywania sporów pojawią się w prawie polskim, będą musiały przejść przez żywiołową dyskusję tak w sejmie i senacie jak i kręgach prawnych, by dopiero wtedy ewentualnie zawitać w naszym ustawodawstwie.

Pomimo tego wszystkiego co wyżej, można uznać za pewnik pojawienie się obu prędzej czy później, bowiem, jak zawsze zresztą, chęć do upraszczania sobie życia, a Med – Arb i Arb – Med niewątpliwie to robią, w końcu zwycięży.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Ujawnienie tajemnicy państwowej - koncepcja "powszechności"

Powszechny charakter ujawnienia tajemnicy państwowej jest natomiast reprezentowany przez między innymi Pawła Burzyńskiego.

Zwolennicy powszechności przestępstwa z art. 265 §1 k.k. powołują się przede wszystkim na wykładnię językową przepisu. Jednakże Burzyński stwierdza ponadto, iż brak jest podstaw, które pozwalałyby przyjąć, iż z normy sankcjonującej nie można dekodować normy nakazu lub zakazu. Idąc dalej uznaje on, iż ustawa o ochronie informacji niejawnej przede wszystkim przedstawia sposób postępowania z informacjami niejawnymi aby zagwarantować ich poufność, a nie sposób postępowania w razie ich ujawnienia. Ponadto ustawa nie wprowadza definicji tajemnicy państwowej, a co za tym idzie nie wyłącza stosowania innych ustaw, które taką tajemnicę konstytuują.

Ustawa więc nakłada raczej szczególne obowiązki na tych, którzy mają do nich ułatwiony dostęp. Ponadto ustawa przewiduje ujawnienie takiej tajemnicy pod względem przedmiotowym jak i podmiotowym tylko w niezbędnym zakresie.

Ostatecznie Burzyński stwierdza, iż ranga dóbr chronionych art. 265 ich znaczenie dla społeczeństwa oraz fakt, że są to wartości których zabezpieczenie warunkuje również bezpieczeństwo innych prawnie chronionych dóbr obywateli, uzasadnia szeroki zakres penalizacji zachowań, które w nie godzą.

Sąd Najwyższy stanął na stanowisku, że przestępstwo określone w art. 265 § 1 k.k. ma charakter powszechny, a zatem może być popełnione przez każdą osobę odpowiadającą ogólnym cechom podmiotu przestępstwa, która ujawnia informacje stanowiące tajemnicę państwową lub wbrew przepisom ustawy informacje takie wykorzystuje.

Argumentował to faktem, że przede wszystkim należ się kierować wykładnią językową przepisu („kto ujawnia” – czyli każda osoba ujawniająca), która pozostaje w związku z wykładnią systemową (art. 265 § 3 k.k. – przewiduje, że występek może popełnić osoba zindywidualizowana, czego nie ma w § 1 – oznacza to, że jest rozróżnienie) oraz funkcjonalną (ranga dóbr chronionych przez przepis art. 265 § 1 k.k., których zabezpieczenie warunkuje bezpieczeństwo innych prawnie chronionych dóbr obywateli – uzasadnia szeroki zakres penalizacji zachowań, które w nie godzą.).


Ujawnienie tajemnicy państwowej - koncepcja "indywidualności"

Ujawnienie tajemnicy państwowej jako przestępstwo indywidualne jest poglądem reprezentowanym miedzy innymi przez Włodzimierza Wróbla.

Wróbel omawiając stronę podmiotową zaczyna od przypomnienia wcześniejszego ustawodawstwa, które jednoznacznie stwierdzało, iż osobą zobowiązaną do zachowania tajemnicy państwowej jest każdy. Wynikało to tak z utrzymanych w mocy przepisów konstytucji, jak i ustawy o ochronie tajemnicy państwowej i służbowej z dnia 14 grudnia 1982r.

Dziś jednak, jak zauważa Wróbel, Konstytucja wyraźnie wskazuje, iż obowiązek poufności będący ograniczeniem konstytucyjnej wolności może nastąpić tylko w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.

Natomiast ustawa z dnia 22 stycznia 1999r. o ochronie informacji niejawnych nie posiada przepisu porównywalnego z przepisem ustawy o ochronie tajemnicy państwowej i służbowej z dnia 14 grudnia 1982r. Ponadto ustawa o ochronie informacji niejawnych w art. 1 ust. 2 określa zakres podmiotowy swojego zastosowania, który należy do sektora publicznego. Na co zwraca uwagę W. Wróbel to fakt, iż podmiotami wymienionymi w powyższym artykule nie są osoby fizyczne a jednostki organizacyjne czy organy władzy państwowej. Idąc dalej Wróbel wskazuje, iż zgodnie z art. 18 ust. 1 ustawy za ochronę informacji niejawnych odpowiada kierownik jednostki organizacyjnej, gdzie takie informacje są wytwarzane, przetwarzane, przekazywane lub przechowywane. Dlatego też w przypadku ujawnienia tajemnicy może on odpowiadać z art. 265 §1 k.k.

Na pytanie o zakres obowiązków osób, które zapoznały się z określoną informacją w związku z uzyskanym upoważnieniem stwierdza natomiast, iż to nie sama ustawa nakłada obowiązek ujawniania tajemnicy państwowej, a wynika on raczej z różnych ustaw szczególnych zawierających pragmatyki służbowe lub w wyniku przyjęcia na siebie takiego zobowiązania poprzez na przykład akt publicznoprawny.

Z tego wynika, iż istnieje pewna kategoria osób szczególnie zobowiązanych do strzeżenia generalnie pojmowanego interesu publicznego. Tak więc uzyskanie przez nich tajemnicy nawet poza wykonywanymi czynnościami służbowymi, nadal obligowałoby ich do jej utrzymania. Dotyczy to w szczególności osób pełniących funkcje publiczne, wiąże się to bowiem ze zwiększoną lojalnością względem państwa.

Odnosząc się natomiast do art. 265 §1 k.k. Wróbel wskazuje, iż do czasu obowiązywania ustawy z dnia 1982r. artykuł ten rzeczywiście przewidywał powszechny charakter przestępstwa. Jednakże na chwilę obecną, po wprowadzeniu ustawy z 1999r. ustawodawca nie zawarł wspomnianego odpowiednika art. 5 ust.1. Trzeba bowiem pamiętać, iż ustawa jest późniejsza w stosunku do Kodeksu karnego.

Ponadto ujęcie powszechnego obowiązku zachowania tajemnicy państwowej naruszałoby konstytucyjne wolności do rozpowszechniania informacji, szczególnie, gdyby osoba niepełniąca funkcji publicznej zapoznała się z taką tajemnicą poza działalnością w sferze publicznej.

Na co jeszcze zwraca uwagę Wróbel, to fakt, iż tajemnica państwowa ma charakter sytuacyjny. Oznacza to, iż przestaje ona być tajemnicą, jeżeli jej ujawnienie, nawet osobie nieuprawnionej, nie łączy się ze sprowadzeniem istotnego niebezpieczeństwa dla podstawowych interesów RP.

Ujawnienie tajemnicy państwowej - wojna dwóch koncepcji

W maju 1999r. dwóch dziennikarzy opublikowało w dzienniku „Życie” szereg artykułów dotyczących zrealizowanych przez Zarząd Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa postępowań operacyjnych prowadzonych w sprawie działalności szpiegowskiej byłych oficerów Wojska Polskiego, wskazując jednocześnie źródło pochodzenia materiałów, które UOP otrzymał w trakcie wykonywania czynności operacyjno−rozpoznawczych.

Tajemnicą państwową zgodnie z art. 2 pkt. 1 ustawy o ochronie informacji niejawnych z 22 stycznia 1999r jest „informacja określona w wykazie rodzajów informacji, stanowiącym załącznik nr 1, której nieuprawnione ujawnienie może spowodować istotne zagrożenie dla podstawowych interesów Rzeczypospolitej Polskiej dotyczących porządku publicznego, obronności, bezpieczeństwa, stosunków międzynarodowych lub gospodarczych państwa”. Klauzulą „ściśle tajne” może być opatrzonych 29 informacji natomiast klauzulą „tajne” 59.

Jest to wyliczenie pełne, żadna inna informacja nie może zostać uznana za tajemnicę państwową. Przy czym, jak zaznacza się w doktrynie, wykaz ma charakter jedynie uściślający i co najwyżej może prowadzić do zawężenia zakresu tajemnicy państwowej. Zwraca się również uwagę na to, iż sam fakt opatrzenia dokumentów czy materiałów klauzulą „ściśle tajne” bądź „tajne” nie przesądza jeszcze o charakterze zawartych w nich informacji, nawet jeżeli zostało to dokonane przez uprawnioną do tego osobę.

W doktrynie istnieje zgoda co do tego, że by informacja została ujawniona osoba, której się ją ujawnia:

- musi zrozumieć treść tej informacji

- informacja nie mogła jej być wcześniej znana.

Sama możliwość zapoznania się z taką informacją nie przesądza natomiast o zaistnieniu przestępstwa z art. 265 k.k. W tym przypadku można mówić co najwyżej o usiłowaniu.

Tak więc w przypadku dziennikarza ujawniającego tajemnicę państwową należy wziąć pod uwagę czy:

- to co zostało opatrzone klauzulą tajne bądź ściśle tajne, rzeczywiście można uznać za tajemnicę państwową. – (Sporne jest w doktrynie, co tak naprawdę jest przedmiotem ochrony. Czy jest to sama informacja a dokładniej informacja chroniona prawem czy też jednak „dobra, których ochrona jest materialnym uzasadnieniem dla objęcia określonych informacji poufnością”.) Dana informacja rzeczywiście musi być istotna z punktu widzenia państwa i jego interesów, będzie tu więc miał zastosowanie art. 1 § 2 dotyczący znikomej społecznej szkodliwości czynu.

- informacja nie mogła być wcześniej znana – chodzi tu między innymi o „tajemnicę poliszynela” w przypadku odbiorców publikacji. Wydaje się też, iż będzie tu również chodziło o wtórne wykorzystanie takiej informacji. W sytuacji gdy dysponent tajemnicy ją ujawnia publicznie, a następnie dziennikarz powołuje się na jego wypowiedź, to takie postępowanie również nie będzie zabronione.

- odbiorca musi zrozumieć treść informacji – co za tym idzie, jeżeli dziennikarz opisze tajemnicę w sposób niezrozumiały dla czytelnika, wydaje się, że również nie będzie można pociągnąć go do odpowiedzialności.

Co również istotne samo wejście w posiadanie tajemnicy państwowej, nie będzie spełniało przesłanek z art. 265 k.k.

Spornym jest natomiast w doktrynie, czy przestępstwo to jest przestępstwem indywidualnym, i popełnić je może tylko ten, kto z daną tajemnicą się zapoznał (nie ma natomiast znaczenia, czy zapoznał się z nią legalnie czy też bez uprawnienia) co wynika z zakresu podmiotów określonych w ustawach szczególnych (patrz ramka wyżej), czy też jest to przestępstwo powszechne, i każdy może się dopuścić tego przestępstwa, co wynika z wykładni językowej przepisu ( „kto ujawnia”).

Jest to spór o tyle istotny, że od jego wyniku zależy jak będzie rozpatrywana odpowiedzialność karną dziennikarzy pod tym względem (i nie tylko dziennikarzy).

Jeżeli przyjmiemy, że każdy może popełnić przestępstwo z art. 265 (przyjmiemy, że jest to przestępstwo powszechne) to nie ma wątpliwości, iż w takim przypadku również dziennikarz będzie podlegał odpowiedzialności karnej. Nie będzie więc miało znaczenia kto był ogniwem głównym łańcucha, bowiem każde ze spoiw będzie odpowiadało indywidualnie (oczywiście przy spełnieniu podanych wyżej przesłanek). Jedynie w przypadku „wtórnego” obiegu informacji (patrz uwaga wyżej) dziennikarz byłby zwolniony od odpowiedzialności.

Natomiast jeżeli uznamy, że ujawnić tajemnicę państwową mogą tylko osoby wymienione w podanych powyżej ustawach szczególnych (czyli będzie to przestępstwo indywidualne), to możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności dziennikarza pod tym względem jest znikoma. Przestępstwo z art. 265 popełniałby tylko ten, który taką tajemnicą zapoznał się w wyniku pełnionych przez siebie obowiązków, natomiast dziennikarz pozostawałby bezkarny. Tym samym karać można by było tylko ogniwo główne.


Historia (?) dziennikarstwa śledzczego w Polsce

Przełomowym czasem dla polskiego dziennikarstwa, w tym dziennikarstwa śledczego był rok 1989. To właśnie w Magdalence doszło do postanowień, których efektem było znowelizowanie prawa prasowe wzbogacone 11 kwietnia 1990 roku o zapis „Prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej”. Jeszcze tego samego dnia Sejm jednogłośnie zniósł cenzurę.

Dziennikarstwo śledcze jest więc w Polsce stosunkowo młode, a co za tym idzie nie do końca rozpoznawalne. Dlatego też często mylone jest z innego rodzaju dziennikarstwem, jak chociażby sprawozdawczym czy zwyczajnie informacyjnym.

Trudno też doszukać się literatury, która chociażby w skróconym zarysie przedstawiła historię tego rodzaju dziennikarstwa w Polsce. Brak u nas osiągnięć na miarę tych Amerykańskich, gdzie dziennikarze mogli doprowadzić do obalenia władzy, co nie znaczy, że dziennikarstwo śledcze stoi u nas na niskim poziomie. Wiele artykułów wywołało sporo zamieszania w opinii publicznej, doszło nawet do sytuacji, w której dwójka dziennikarzy wymagała ochrony ze strony państwa.

Sami dziennikarze doszli do pozytywnego wniosku, iż „po pięciu latach dziennikarstwa śledczego osiągnęliśmy jeden niezaprzeczalny sukces: wywalczyliśmy sobie, że w tej chwili władza na ogół reaguje na teksty dziennikarskie, co jeszcze pięć lat temu wcale nie było takie oczywiste. Jest to zasługa dobrze udokumentowanych tekstów śledczych”.

Patrząc natomiast z innej perspektywy należy się zastanowić, czy pytanie Jacka Wojciechowicza w dyskusji: „Jaką rolę odgrywali w życiu publicznym dziennikarze śledczy w 1999 i obecnie”, „czy dziennikarstwo śledcze też nie pada po trosze ofiarą własnego sukcesu” nie jest zasadne. Wiele głośnych publikacji, czym szczycą się dziennikarze, sprawiło, że osoby z tak zwanych „szczytów władzy” (chociaż nie tylko) spadło.

Niestety w wielu przypadkach po latach okazywało się, że albo teksty nie pokrywały się z prawdą albo były źle udokumentowane. Są również przypadki, gdzie rzeczywiście wyroki sądu były krzywdzące dla dziennikarzy. Pamiętać należy, że tak sędziowie jak i dziennikarze są tylko ludźmi i jako ludzie mogą popełniać błędy.

Jak wygląda natomiast dziennikarstwo śledcze dzisiaj? Problem jest o wiele bardziej złożony i nie dotyka tylko dziennikarzy śledczych. Jesteśmy zalewani masą informacji przez dziennikarzy. Często owe „informacje” pochodzą znikąd indziej jak prokuratury, policji, polityków czy służb. Tempo, narzucone przez redakcję oraz postęp techniczny, powstawania materiałów sprawia, że wątpliwa staje się nie tylko samodzielna praca ale przede wszystkim rzetelność takich informacji.

Dotarliśmy bowiem do momentu, w którym liczy się sensacja, mocne słowa często bez pokrycia i zanik domniemania niewinności. Doszliśmy również do niebezpiecznej granicy, gdzie to dziennikarz jest adwokatem, prokuratorem i sędzią w jednym, i gdzie sam nie podlega żadnym sądom.

Ponieważ nie wypada kończyć pesymistycznie, należy zauważyć, że na nas nadal ciążą czasy PRL-u i cenzury. To czego brakowało więc we Francji, a mianowicie konkurencji między mediami u nas trafia z podwójną siłą. We Francji nie korzystano z demokracji słowa ponieważ nie chciano. U nas, ponieważ nie można było. Trudno się więc dziwić, że dziś media u nas zalewają nas potokiem informacji. Czy jest to dobre? Tak. Należy tylko pamiętać o paru rzeczach. Po pierwsze we wszystkim należy mieć umiar. Po drugie nie szkodzić. Ani sobie, ani innym. A jak się zaszkodzi umieć przeprosić.

Pamiętajmy również, że historia pisana jest nadal.

środa, 6 stycznia 2010

Historia dziennikarstwa śledczego w Europie na przykładzie Francji

Historia dziennikarstwa wydobywczego we Francji, tak jak i w Polsce, jest stosunkowo młodym rodzajem żurnalistyki.

Do lat 80 XX w. jedynymi gazetami, które w jakimś stopniu zajmowały się różnego rodzaju nadużyciami państwa były L’Express oraz Le Canard Enchaîné. Ta pierwsza została założona w 1953r. przez Jean-Jacques Servan-Schreiber. Przygoda gazety z dziennikarstwem śledczym zaczęła się natomiast w latach 60, kiedy do redakcji dołączył Jacques Derogy.

Jego pierwsza wielka sprawa dotyczyła zawalenia się budynków socjalnych, za które to wydarzenie architekt Fernand Pouillon został uznany przez rząd i judykaturę za wroga publicznego, a następnie złapany i osądzony. Uciekł on jednak w październiku 1962r. ze strzeżonego zakładu psychiatrycznego, w którym został osadzony, a jako pierwszy dotarł do niego właśnie Derogy (policja znalazła architekta dopiero parę miesięcy później w Szwajcarii, gdzie szukał schronienia).

Wywiad z Pouillon’em ukazał się w maju 1963r. w L’Express wstrząsając tym samym opinią publiczną, a parę dni po ukazaniu się artykułu architekt zjawił się na drugiej rozprawie sądowej. Artykuł, który ukazał się w gazecie niewątpliwie ocieplił wizerunek architekta, by ostatecznie na początku lat 70 zostać ułaskawionym przez ówczesnego Prezydenta Pompidou.

Derogy był ponoć jednym z niewielu dziennikarzy, który był w stanie stawić czoła ówczesnemu reżimowi, który to miał sprawować rząd de Gaulle’a między innymi nad światem dziennikarskim. Szczególnie zasłyną sprawą 9 demonstrantów Francuskiej Partii Komunistycznej, którzy pikietowali przeciwko terrorystycznym atakom OAS (Organisation armée secrète). Zostali oni zapędzeni w kozi róg, a następnie zwyczajnie zabici przez oddziały specjalne policji, która została oczyszczona z wszelkich zarzutów. Odpowiedzialności nie poniósł nawet jeden z nich.

To właśnie Derogy przeprowadził własne dochodzenie, dzięki któremu dowiedział się, o stosunkach jakie łączyły członków policji z OAS. Na tej podstawie powstał tekst, któremu tygodnik zawdzięczał wtargnięcie władzy do siedziby.

Co jednak uderzyło najmocniej w de Gaulle’a to sprawa porwania i śmierci Marokańskiego opozycjonisty Mehdi Ben Barka w Paryżu w październiku 1965r. Dziennikarze L’Express jeździli po całej Europie w poszukiwaniu śladów i ostatecznie udało im się dotrzeć do uczestników porwania. Okazało się, że nie było ono możliwe bez pomocy policji oraz tajnych służb. Na ten temat ukazało się sześć artykułów na przełomie grudnia i stycznia 1966r. Nastąpiło to w momencie końca kadencji prezydentury de Gaulle’a a przed kolejnymi wyborami.

Druga gazeta, Le Canard Enchaîné, miała swoje początki w trakcie Pierwszej Wojny Światowej. Została założona przez dziennikarzy protestujących przeciwko cenzurze i propagandzie podczas wojny.

Jednakże, mimo że nigdy nie była zbyt nieśmiała w stosunku do polityków, dopiero w latach 50 pod redakcją Roberta Tréno ujawnianie nieprzyjemnych dla państwa spraw nabrało obrotów.

Na początku lat 60 gazeta ujawniła między innymi szokujące postępowania Francuskich Sił Zbrojnych podczas Algierskiej Wojny o Niepodległość. W tym czasie ujawniono wiele skandalicznych sytuacji, jednakże nie wszystkie były wynikiem dziennikarskiego śledztwa, bowiem w tym czasie gazeta regularnie otrzymywała przecieki z ministerstw i administracji.

Jednakże sprawa, która przyniosła gazecie największą popularność to sprawa z 3 listopada 1971. W gazecie zamieszczono fotokopie deklaracji podatkowej Jacque’a Chaban-Delmas, majora Bordeaux i premiera, typowanego na następcę prezydenta Pompidou. Okazało się, że premier… nie płacił od 4 lat podatków. Co prawda Jacques pozwał gazetę do sądu, jednakże nie pomogło mu to odzyskać zaufania opinii publicznej, przez co przegrał już w pierwszej turze, pozwalając tym samym by urząd prezydenta przejął w maju 1974r Valery Giscard d’Estaing.

Podążając dalej tym „tropem” tygodnik regularnie ukazywał przekręty podatkowe różnych notabli, jednakże były to już rewelacje na o wiele mniejszą skalę.

Zachowanie gazety doprowadziło do tego, że w pewnym momencie nakazano policji totalną inwigilację redakcji co zaowocowało raportem przedstawiającym szczegółowe profile pracujących tam dziennikarzy. Raport ten został upubliczniony na początku lat 80. Jak się okazało, powodem, dla którego gazeta była cierniem w boku polityków, był fakt, iż nie była związana z żadnym ugrupowaniem politycznym. Co za tym idzie mogła atakować wszystkich od lewej po prawą stronę życia politycznego.

Rząd posunął się jednak jeszcze o krok dalej, bowiem postanowił podłożyć podsłuchy w redakcji. Pech chciał, że jeden z dziennikarzy tygodnika był świadkiem zdarzenia i w ostateczności cała sprawa skończyła się wielką kompromitacją dla władzy. Całą aferę porównywano do afery Watergate.

Swoistą ironią można chyba nazwać fakt, iż ta sama gazeta w 1981r. doprowadziła do przegranych wyborów Prezydenta, który dzięki ujawnieniu przez Le Canard wspomnianej wyżej afery podatkowej wybory wygrał.

Wszystko zaczęło się od publikacji oświadczenia podatkowego Giscarda d’Estaing w 1979r. O ile jednak w tym wypadku gazeta tylko udowodniła, iż prezydent regularnie płaci podatki, to jednak skandal jaki wybuchł parę miesięcy później doprowadził do niezadowolenia społecznego. Okazało się bowiem, iż prezydent Giscard utrzymuje dość zażyłe stosunki z Bokassą, samozwańczym imperatorem Republiki Środkowo Afrykańskiej.
Co jednak przelało czarę goryczy wśród społeczeństwa to fakt, iż Prezydent Francji przyjął od dyktatora diamenty.

W wyniku tego 18 miesięcy później kolejnym prezydentem został kandydat Socjalistów François Mitterrand.

Dziś historię opisaną powyżej uznaje się za kamień milowy francuskiego dziennikarstwa śledczego, kamień który wywołał lawinę. Od tamtego czasu powstało wielu żurnalistów zajmujących się sprawami, które inni chcieliby przed opinią publiczną ukryć.

W 1984r. miało miejsce pierwsze sympozjum zatytułowane „Dziennikarstwo śledcze: również we Francji!”.


Przyczyny późnego rozwoju dziennikarstwa śledczego we Francji było kilka. Napotykał on opór z dwóch stron. Od strony polityki i od strony literatury. Takie techniki dziennikarskie jak wywiad czy reportaż, o samym fakcie gromadzenia informacji nie wspominając, długo były nieakceptowane przez tamtejszych dziennikarzy. Wynikało to z faktu, iż w większości przypadków zostawali nimi literaci. Ich marzeniem nie było więc informowanie lecz próba stania się pisarską sławą. Z tego też powodu przez długi okres czasu teksty w gazetach porównywane były do poezji czy nowel.

Dlatego odkrywanie prawdy, wywiady, gromadzenie informacji były uznawane za „niegodne” dziennikarza, a co za tym idzie skutecznie hamowały rozwój dziennikarstwa śledczego.

Do zahamowania rozwoju dziennikarstwa śledczego, co może już mniej zaskakiwać, przyczyniła się również polityka. Nawet po dziś dzień większość gazet wydawanych we Francji albo jest partyjnych albo powiązanych z jakimiś ruchami społecznymi. W sytuacji gdy gazeta i jej dziennikarze bardziej skupieni są na objaśnianiu zdarzeń socjalnych i politycznych aniżeli na przedstawianiu czy szukaniu faktów trudno się dziwić zastojowi w dziennikarstwie śledczym. Ponadto posiadanie tych samych poglądów zbliża, a co za tym idzie trudniej odkrywać świat do którego samemu się należy. Trudniej wtedy stanąć z boku i przyjrzeć się problemom z punktu widzenia osoby z poza środowiska. Co prawda gazety opozycyjne mogłyby pisać o przeciwnikach politycznych, jednakże istnieje pomiędzy nimi milczące porozumienie, w którym dopuszczana jest pewna doza krytyki, nic jednak ponadto.

Pewnym kłopotem była też sprawa zamieszczanej reklamy w gazetach. Otóż od 15 do 20% gazety było przeznaczone na miejsce reklamowe, które wykupywał… rząd. Również brak swoistej rywalizacji między gazetami, które prześcigałyby się w zdobywaniu informacji sprawiał, że istniał pewien zastój w informowaniu społeczeństwa.

Zapewne swoje odegrał też problem korupcji. Podobno dobrze udokumentowane materiały dowodzą, że przed II Wojną Światową media francuskie były bardzo skorumpowane.

Nic zatem dziwnego, że rozwój dziennikarstwa śledczego we Francji przypadł na okres, gdy powstają pierwsze prywatne media.

Biorąc pod uwagę silne więzi dziennikarstwa francuskiego z polityką oraz kto początkowo był dziennikarzem trudno dziwić się czemu, mimo że Francja nie przeżyła tego co Polska, rozwój tej konkretnej dziedziny dziennikarstwa trwał relatywnie długo. Przecież czas jaki dzieli prawdziwy rozwój żurnalistyki wydobywczej we Francji od zniesienia oficjalnie cenzury w Polsce to raptem dziesięć lat. Również tam dziennikarstwo śledcze jest młode i nadal się rozwija. Warto więc może uczyć się nie tylko od Amerykan czy Brytyjczyków ale również od siebie nawzajem?


Na podstawie Scandal and the Rise of Investigative Reporting in France Jean K. Chalaby [w] AMERICAN BEHAVIORAL SCIENTIST, Vol. 47 No. 9, May 2004 1194-1207