środa, 9 czerwca 2010

O sprostowaniach i odpowiedziach

1. Sprostowania i odpowiedzi


Sprostowanie i odpowiedź są konstytucyjnym wyrazem wolności do wyrażania opinii i wolności słowa przez obywateli.

1. W Polsce istnieją trzy możliwości reakcji na powstały materiał prasowy, z czego dwie są zagwarantowane prawnie wraz z przewidywanymi konsekwencjami, natomiast trzecia wynika z ogólnie przyjętej praktyki.

a) List do redakcji – najczęściej wykorzystywana forma reakcji na materiał prasowy, gdzie czytelnik może przedstawić swój punkt widzenia odnośnie jakichś zagadnień przedstawionych w materiale prasowym, bądź też zwyczajnie pochwalić lub skrytykować artykuł.

b) Sprostowanie – drugi najczęściej stosowany sposób, stosowany w przypadku podania przez dziennikarza informacji nieścisłych bądź nieprawdziwych

c) Odpowiedź – następuje gdy stwierdzenie użyte przez dziennikarza mogą zagrażać dobrom osobistym


1.1. Trochę Teorii


Polskie prawo nie przewiduje obowiązku zamieszczenia listów od czytelników. Redakcjom przysługuje tu całkowita dowolności w ich doborze.

Osobną kwestią są natomiast sprostowania i odpowiedzi przewidziane w prawie prasowym w rozdziale piątym. Problematyka dotycząca tych dwóch zagadnień jest aktualna, ze względu na trudności jakie powodują przepisy prawa prasowego nie tylko dziennikarzom ale również prawnikom, w tym sądom.

Wynika to między innymi z faktu, iż ustawa z dnia 24 stycznia 1984r. jest nie tylko przestarzała na dzień dzisiejszy, lecz również źle sformułowana.

Nieraz trudno odróżnić, kiedy jest wniosek o sprostowanie, a kiedy o odpowiedź. Sprostowanie powinno być rzeczowe i odnoszące się do faktów, natomiast odpowiedź powinna być rzeczowa. Nie wiadomo jednak, czy może zatem odnosić się również do ocen.

Sprostowanie i odpowiedź nie zostaną wydrukowane w przypadku gdy:

· Nie są rzeczowe, a w przypadku sprostowania dodatkowo nie odnoszą się do faktów.

· Zawierających treść karalną lub naruszającą dobra osobiste osób trzecich

· Zawierające treść (formę) niezgodną z zasadami współżycia społecznego

· Podważające fakty stwierdzone prawomocnym wyrokiem

Można natomiast odmówić (można więc też zamieścić) zamieszczenia sprostowań bądź odpowiedzi:

  • Nie mających związku z treścią materiału prasowego
  • Nie pochodzących od osoby bezpośrednio zainteresowanej
  • Wiadomości uprzednio sprostowanej
  • Nadesłanych po terminie
  • O nieodpowiedniej objętości albo niepodpisane.

Zamieszczenia sprostowania lub odpowiedzi może dokonać jedynie redaktor naczelny – nie można domagać się sprostowania dodatkowo od dziennikarzy. W przypadku chęci pozwania dziennikarzy i uzyskania od nich „sprostowania”, należałoby wystąpić z pozwem o ochronę dóbr osobistych (por. sygn. akt I ACa 877/07).

Błędy formalne sprostowań/odpowiedzi są najczęstszym powodem odrzucenia takiego wniosku. Przyczynia się do tego źle sformułowana ustawa, jak również często własnoręczne sporządzanie wniosku. Swój wkład mają też jednak redakcje i ich prawnicy.


1.2 Trochę praktyki


W wielu przypadkach redaktorzy niezamieszczają sprostowań, ponieważ godzi to w wiarygodność redakcji i ich dziennikarzy. Często zatem bronią się na wszelkie możliwe sposoby, by do takiego sprostowania nie dopuścić, a jest na to kilka sposobów.

1) W przypadku braku reakcji na materiał prasowy w ciągu miesiąca od dnia jego publikacji, redaktor naczelny nie musi zamieszczać sprostowania. Zostało to ujęte wprost w prawie prasowym. Jest to sposób łatwy w przypadku, gdy osoba, która chciałaby dokonać publikacji znajduje się np. poza granicami kraju.

2) Odwlekanie w czasie zamieszczenia sprostowania bądź odpowiedzi. Wynika to z faktu, iż roszczenie o zamieszczenie sprostowania przedawnia się z upływem roku od dnia publikacji. Widać tu kolejną nieścisłość prawa prasowego, bowiem co do zasady roszczenia o prawa niemajątkowe (a takim jest roszczenie o opublikowanie sprostowania/odpowiedzi) nieulegają przedawnieniu.

3) Odrzucanie sprostowań/odpowiedzi, ze względu na brak rzeczowości, bądź w przypadku sprostowań dodatkowo braku odniesienia się do faktów – najczęściej spotykana praktyka w gazetach. Problem z leży w formalnym ułożeniu pisma. Jeżeli nie zostanie wskazany fragment, który należy sprostować, bądź zawiera on chociaż jeden element ocenny to zostanie odrzucony.

4) W przypadku gdy pozostałe sposoby zawiodą, bądź ktoś zacznie domagać się zamieszczenia sprostowania na drodze sądowej, następuje przedłużanie procedury sądowej. Należy pamiętać, że we wszystkich postępowaniach przysługuje dwuinstancyjność, co za tym idzie, nawet w przypadku wygrania w pierwszej instancji już sam okres między wyrokiem, a złożeniem apelacji może trwać miesiąc. Należy również pamiętać, że możliwa jest kasacja do sądu najwyższego. Do tego czasu, nawet gdy redakcja w ostateczności będzie musiała opublikować sprostowanie, często nikt nie będzie już nawet wiedział, czego sprawa dotyczyła i co redakcja prostuje.

5) Innymi sposobami na unikanie skutków związanych z publikacją sprostowań lub odpowiedzi jest zamieszczanie ich w miejscach, w których ciężko je odnaleźć – problem ten dotyczy w szczególności odpowiedzi, których zamieszczenie w przeciwieństwie do sprostowania nie jest uregulowane. Dodatkowo komentowanie sprostowania bądź odpowiedzi na tej samej stronie i w tym samym numerze jest niedozwolone.


1.3 Modus operandi


W przypadku osób niepublicznych, które same przygotowują treść sprostowania bądź odpowiedzi sprawa jest o tyle dla dziennikarzy (a raczej redaktora naczelnego) prosta, że osoby takie nie mają pojęcia o wymogach, a co za tym idzie można je w prosty sposób odrzucić.

W związku z tym osoby których sprostowani bądź odpowiedzi były odrzucane, zaczęly działać również w drugą stronę. Zdając sobie sprawę z faktu, że zamieszczenie sprostowania jest co najmniej skazane na porażkę, znaleziono alternatywy dla niego:

- osobista rozmowa z autorem – niewątpliwie mająca na celu doinformowanie dziennikarza. Po przedstawieniu swojego stanowiska istnieje cień szansy, że autor sam dokona sprostowania swojego tekstu, a co za tym idzie z redakcja nie będzie musiała zamieszczać sprostowania „narzuconego”. Autor „sam” znalazł swój błąd więc go poprawił

- list do redakcji – daje szansę na jego zamieszczenie, przy jednoczesnym ominięciu wymogów formalnych przewidzianych dla sprostowania lub odpowiedzi. Trzeba się jednak liczyć, jak wspomniano wcześniej, z możliwością jego odrzucenia oraz, co jest niedopuszczalne przy sprostowaniu, z automatyczną odpowiedzią autora w tym samym miejscu.

- nowa rzetelna informacja prasowa lub konferencja prasowa – pierwszy sposób można uznać za ogólnodostępny, bowiem polegałby na „sprzedaniu” informacji, nawet pod postacią notki/artykułu prasowego. Konferencja ma ten minus, że dostęp do niej mają raczej osoby publiczne bądź posiadające znaczne zasoby finansowe (zorganizowanie konferencji prasowej w PAP kosztuje około 5tyś zł w tym VAT).

- stanowisko na piśmie – istnieje szansa, ze stanowisko zostanie zamieszczone. W dobie Internetu, gdy wszystkie media często powołują się na publikacje innych mediów, możliwe jest przesłanie takiego oświadczenia do wszystkich mediów, co zwiększa szanse na zamieszczenie takiego oświadczenia przynajmniej przez jedno z nich. Problem pojawia się, gdy chodzi o sprostowanie w prasie regionalnej, na która nie powołują się inne media.

- własna publikacja – dzisiaj każdy może być dziennikarzem. Każdy może mieć swojego bloga, swoją stronę internetową, a nawet telewizję. Osoby publiczne mogą ponadto liczyć na to, że inne media, często skonfliktowane z tymi, które opublikowały sporną informację, zamieszczą tekst takiej osoby.

- sprostowanie u innego wydawcy – jest dość powszechną praktyką. Często sprostowanie wraz z odmową jego zamieszczenia jest publikowanie w gazecie konkurencyjnej. W zasadzie dla zamieszczającego takie sprostowanie mało istotnym jest to, że taka gazeta robi to ze względu na konflikt z drugą gazetą. Najważniejsze, że takie sprostowanie się pojawi i dotrze do porównywalnej liczby odbiorców. Jest to jednak myślenie o tyle błędne, że często czytelnicy jednej gazety mogą nie czytać drugiej gazety, a tym samym mogą nie mieć rozeznania o co tak naprawdę w sporze chodzi.

- milczenie/brak reakcji – często łączy się z „przełknięciem” własnej dumy. Należy również pamiętać, że problematycznym jest postrzeganie tak wypowiedzi jak i milczenie. „Milczy, więc nie ma nic na swoją obronę”, „broni się, więc coś ma na sumieniu”.

- ogłoszenie płatne – wydaje się jednak pomysłem chybionym, ponieważ często wiąże się z wysokimi kosztami (koszt takiego ogłoszenia zależy od nakładu, zasięgu, dnia tygodnia, strony, na której ma zostać zamieszczone, wielkości itp. I wacha się od 500 zł do 50 tyś zł.) i nie daje gwarancji dotarcia do odbiorcy. Ponadto w niektórych przypadkach może być uznane za sprzeczne z wewnętrznymi zasadami firmy dotyczącymi takich publikacji (np. w Gazecie Wyborczej).


1.4. Uwagi


Niestety większość tak zwanych alternatywnych sposobów na przedstawienie swojego stanowiska, omijając sprostowanie bądź odpowiedź ma jedną wadę. Jest raczej przeznaczona dla osób posiadających bądź przebicie medialne (szeroko pojmowanych osób publicznych, czyli polityków, celebrytów itp.) bądź osób/firm dysponujących stosownymi środkami finansowymi. Nasuwa się w związku z tym wrażenie, że „zwykłe” osoby są chronione przez prawo w sposób niedostateczny.

Znamiennym jest, że osoby, które dysponują odpowiednim ku temu aparatem, pełnią wysokie funkcje i są prawnikami uważają, że ich możliwość dochodzenia sprostowania w gazecie i tak jest znikoma. Świadczy to jedynie o fakcie, że zapisy prawa prasowego są niedostateczne[1].

Zadziwiające, że tylko w Polsce tego rodzaju postępowanie jest uznawane za godzące w interes wydawnictwa. Czymś normalnym powinno być umożliwienie wypowiedzi czytelnikom, którzy doszli do wniosku, że tekst zawarty w artykule mija się z prawdą i to w interesie wydawnictwa, a przede wszystkim dziennikarzy, powinno być ukazywanie rzeczywistości jaką jest naprawdę. Jest to nie tylko z najważniejszej funkcji, jaką ma pełnić dziennikarz w życiu publicznym – funkcji informacyjnej ale przede wszystkim jest ustawowym obowiązkiem wynikającym z art. 1 Prawa prasowego.

Takie podejście polskich mediów do problemu zamieszczania sprostowań i odpowiedzi sprawia, że rzeczywiście ich zamieszczanie w następstwie wyroku sądowego uwłacza, wręcz na własne życzenie, redakcji. Gdyby stosowanie sprostowań było regułą, a nie wyjątkiem, niewątpliwie lepiej wpłynęłoby na postrzeganie mediów, jako realnie zainteresowanych przekazywaniem rzetelnych informacji, ponadto powszechność sprawiłaby, że sprostowanie nie wymuszone wyrokiem sądu nie ujmowałoby redakcji.

Osobną kwestią jest, że tak naprawdę odmawiając sprostowania gazety stosują coś, co same uważają za karygodne, a mianowicie swoista cenzurę. Jest również złamaniem konstytucyjnego zapisu o wolności słowa, na które tak chętnie same się powołują, gdy tylko jakiś sąd przyzna rację stronie poszkodowanej bądź pokrzywdzonej przez dziennikarza.

Należy pamiętać, że nie jest istotne jak będzie nazwane dane pismo, lecz jaka jest jego zawartość. Zatem sprostowanie może zostać zamieszczone jako odpowiedź i na odwrót[2]. Nic natomiast nie stoi na przeszkodzie, by połączyć sprostowanie z odpowiedzią o ile oczywiście odpowiada konstrukcji artykułu, którego dotyczy[3].

Warto również zaznaczyć, że sąd jest uprawniony do ingerowania w treść sprostowania lub odpowiedzi, w takim zakresie, w jakim jest to dopuszczalne w odniesieniu do żądań powoda[4].

Należy ponadto pamiętać, że sprostowana może dokonać jedynie redaktor naczelny – nie można domagać się sprostowania dodatkowo od dziennikarzy. W przypadku chęci pozwania dziennikarzy i uzyskania od nich „sprostowania”, należałoby wystąpić z pozwem o ochronę dóbr osobistych (por. sygn. akt I ACa 877/07)

Redaktorem naczelnym pozwanym o zamieszczenie sprostowania zawsze musi być osoba pełniąca tę funkcję w danym momencie. Wynika to z faktu, że ustawa posługuje się terminem „redaktor naczelny”. Tak więc w przypadku zmiany na tym stanowisku, pozew o sprostowanie będzie dotyczył nowego redaktora naczelnego, nawet jeżeli materiał prasowy, który ma zostać sprostowany, został upubliczniony za czasów byłego redaktora naczelnego.

Roszczenie o sprostowanie przedawnia się z upływem roku od dnia publikacji.

Za niezamieszczenie sprostowania (bądź zamieszczenie sprostowania niepełnego) redaktor naczelny może ponieść odpowiedzialność karną z oskarżenia prywatnego, w związku z art. 46 Prawa prasowego.

Przepis ten zdaniem śp. Janusza Kochanowskiego Rzecznika Praw Obywatelskich jest niekonstytucyjny, czemu dał wyraz w publikacji w „Rzeczpospolitej” 17-10-2007 w artykule Dlaczego przepisy prawa prasowego o publikacji sprostowań są niekonstytucyjne[5] oraz wnioskiem[6] do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie art. 46 Prawa prasowego za niezgodny z Konstytucją.



[1] RPO w Rzeczpospolitej z dnia 17 października 2007r.

[2] Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna z dnia 6 grudnia 2005 r. I CK 239/2005

[3] Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna z dnia 29 czerwca 2007 r. I CSK 81/2007

[4] Uchwała Sądu Najwyższego Izba Cywilna z dnia 17 września 2008 r. III CZP 79/2008

[5] „Dlaczego przepisy prawa prasowego o publikacji sprostowań są niekonstytucyjne” 17-10-2007r.

[6] http://www.rpo.gov.pl/pliki/1189418801.pdf

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Skazać bez sądu

Domniemanie niewinności,

a polityczna rzeczywistość.

Politycy od prawa do lewa, albo sami albo za pomocą środków masowego przekazu, dokonują niebezpiecznego precedensu, w którym uzurpują sobie prawo do ferowania wyroków. Sytuacja ta jest tym bardziej niepokojąca, iż często tymi, którzy owe „wyroki” wydają, są parlamentarzyści.

Jak wiadomo parlamentarzyści – posłowie i senatorowie – stanowią władzę ustawodawczą. To oni są odpowiedzialni za tworzenie nowych ustaw, a co za tym idzie praw i obowiązków. Praw i obowiązków, które, jakby nie patrzeć, po przejściu odpowiedniej drogi legislacyjnej zaczynają obowiązywać również ich.

Na tym tle rodzi się zatem pytanie dlaczego osoby te, pełniące tak istotną funkcję w naszym społeczeństwie, nie przestrzegają najważniejszego aktu prawnego jaki obowiązuje w Polsce, a mianowicie Konstytucji RP z dnia 2 kwietnia 1997r.? Szczególnie, że jest to akt, który sami ustanowili.

Artykuł 42 ust. 3 Konstytucji, potwierdzony w art. 5 Kodeksu postępowania karnego, stanowi, iż „Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu.”.

Jak widać Konstytucja w sposób jasny i klarowny określa, kto i kiedy może zostać uznany „winnym”.

Na tym, nie pozostawiającym miejsca na wątpliwości, tle rodzi się pytanie, skąd wśród przedstawicieli władzy ustawodawczej tak silna tendencja do wchodzenia w buty sędziów? Dziś zwykły obywatel może odnieść wrażenie, iż „winnym” jest nie ten, kto zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądowym, a ten wskazany przez polityka.

To zjawisko jest tym bardziej niebezpieczne, iż te wszystkie sądy kapturowe, jak wspomniałem, mają miejsce za pomocą mass mediów. Działanie na zasadzie: zwołanie konferencji prasowej – obwieszczenie wszem i wobec kto dziś jest „winny” – koniec konferencji – jest przykrą praktyką tych kilku ostatnich lat.

Z innych niż przytoczone na początku przykładów można podać sprawę znanego kardiochirurga, posłanki jednego z ugrupowań politycznych, to tylko kilka tych najbardziej znanych i spektakularnych.

Należy zauważyć, iż tego rodzaju działanie często nie tylko łamie przytoczony już art. 42 ust. 3 Konstytucji, lecz również może prowadzić do naruszenia ust. 2 tego artykułu (prawo do obrony) jak również art. 45 tego aktu prawnego, w którym gwarantuje się prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy przez sąd niezależny, bezstronny i niezawisły.

Przy dzisiejszym nastawieniu mass mediów na sensację powyższe gwarancję stają się zatem pustym zapisem.

O ile jednak trudno wymagać od przedstawicieli mediów, nastawionych na ostrą konkurencję, rzetelnej weryfikacji przekazywanych za ich pomocą informacji to od przedstawicieli narodu należałoby oczekiwać przykładnego respektowania podstawowych praw każdego obywatela RP.

Samo postawienie komuś zarzutów przez prokuraturę nie jest jednoznaczne ze stwierdzeniem, iż ta osoba dopuściła się zarzucanych jej czynów. Prokurator, który zdecydował się na postawienie komuś zarzutów musi te zarzuty obronić przed sądem. Dopiero sąd stwierdzi, czy zebrany przez prokuratora materiał dowodowy jest na tyle przekonywujący by stwierdzić czy ktoś jest winny czy nie.

Dodatkowo należy zauważyć, iż zgodnie z art. 4 Kodeksu postępowania karnego organy prowadzące postępowanie są zobowiązanie również badać oraz uwzględniać okoliczności przemawiające na korzyść oskarżonego.

Nie zdarzyło się natomiast, aby tego rodzaju okoliczności były podawane przez polityków.

Najgorsze jest to, iż w momencie oczyszczenia z zarzutów przed sądem pomawiający drugą osobę nie czuje się w żaden sposób zobligowany do przeproszenia pomówionego. Co więcej prawomocny wyrok nakazujący tego rodzaju przeproszenie często traktuje, o zgrozo, jako nagonkę na jego osobę, naruszanie wolności słowa lub wprost oświadcza, iż nie ma zamiaru go respektować.

Niestety ostatnio można odnieść wrażenie, iż potrzeba osądzania przez polityków postępuje. Dochodzi do sytuacji, gdy już samo doniesienie medialne zaczyna wystarczać za podstawę do „wyrokowania”. O ile jeszcze pewne uzasadnienie można znaleźć w sytuacji, gdy są postawione zarzuty karne – daje to jakieś podstawy do przypuszczeń, iż naruszono przepisy prawa – o tyle w przypadku braku takich zarzutów można mówić co najwyżej o „zarzutach medialnych”.

Bywały oczywiście doniesienia medialne, które skutkowały wszczęciem postępowania karnego, postawieniem zarzutów i w ostateczności nawet wyrokiem skazującym, jednak od pewnego czasu mechanizm zaczyna działać w drugą stronę.

To w prokuraturze dziennikarze otrzymują informacje o toczącym się postępowaniu „w sprawie” gdzie bywa, iż występują osoby znane. Następnie wystarczy opublikować daną osobę w jakimś kontekście zainteresują się tym politycy i już mamy opisywany powyżej proceder.

Czy, i jak, można się bronić przed tego rodzaju atakami?

Zazwyczaj media starają się skontaktować z drugą stroną, dając jej poniekąd możliwość obrony. Należy jednak zauważyć, iż taka osoba zmuszona jest do tłumaczenia się, wyjaśniania, a niestety w naszym społeczeństwie nadal pokutuje przekonanie, że kto się tłumaczy to ma coś na sumieniu. Tym samym dając wypowiedź taka osoba jeszcze bardziej się pogrąża.

Podstawowym sposobem, a w zasadzie miejscem, obrony pozostaje nadal sąd. Sprawiedliwości można dochodzić na drodze postępowania karnego – wnosząc prywatny akt oskarżenia, najczęściej z art. 212 k.k. dotyczącego zniesławienia ewentualnie 216 k.k. dotyczącego zniewagi. Na chwilę obecną jest to najczęściej stosowany sposób na wykazanie nieprawdziwości twierdzeń. W miarę szybkie rozstrzygniecie sprawy daje szanse na oczyszczenie się z medialnych zarzutów nim wszyscy zapomną o sprawie.

Problemem jest jednak kwestia immunitetów. Żeby pociągnąć posła bądź senatora do odpowiedzialności karnej należy wpierw wystąpić ze stosownym wnioskiem do Marszałka Sejmu/Senatu. Następnie wniosek taki jest przegłosowywany w danej izbie. Istnieje więc pewne ryzyko, iż wniosek taki nie zostanie uznany.

Można też wystąpić na drogę procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych, wiąże się to jednak z pewnymi kosztami jak również czasem. Obecnie sądy są przeciążone, a tym samym udowodnienie swoich racji może odsunąć się w czasie.

Niestety doświadczenia ostatnich lat wykazały, iż często wyroki nakazujące zwykłych przeprosin są nierespektowane i istnieje problem ich wyegzekwowania.

Każdy z tych sposobów jest obarczony wadami i niestety nie zanosi się na szybkie ich usprawnienie.

Innym problemem jest sytuacja, w której mamy do czynienia z osobą, której postawiono zarzuty. Może dojść do sytuacji, w której prokuratura umarza śledztwo z powodu „braku dowodów”.

W takim wypadku nadal pozostaje kwestia „osoby podejrzanej”. Wydaje się, iż jedynym rozwiązaniem jest domaganie się, by prokuratura wniosła akt oskarżenia do sądu by tam zapadł prawomocny wyrok uniewinniający. Wydłuża to jednak całe postępowanie i po raz kolejny odwleka moment oczyszczenia się z zarzutów.

Co zatem wypadało by zrobić? Zazwyczaj najprostsze rozwiązania bywają najtrudniejsze. Wystarczyłoby bowiem, aby ci, którzy rzekomo stoją na straży praworządności, a niewątpliwie ustanawiają prawo, zaczęli go przestrzegać. Przynajmniej w stopniu podstawowym – na etapie Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej.


niedziela, 7 marca 2010

O zniesławieniu słów kilka

Zniesławienie jest najczęściej stosowanym artykułem w stosunku do dziennikarzy, jest też artykułem budzącym najwięcej kontrowersji. Na jego temat wypowiadał się Trybunał Konstytucyjny i ciągle wypowiadają się politycy oraz sami dziennikarze.

W stosunku do dziennikarzy najczęściej będzie miał zastosowanie §2 artykułu. Jest on kwalifikowaną formą popełnienia przestępstwa, następuje bowiem za pomocą środków masowego przekazu. Nie dziwi więc, że tego rodzaju pomawianie ma negatywne skutki o wiele dalej idące dla pomawianego, aniżeli zwykłe pomówienie w grupie kilku osób. Co za tym idzie jest surowiej karane. Może być popełnione tylko przez działanie.

Odpowiedzialność dziennikarza będzie wynikała z oparcia się na nieprawdziwych faktach. Oceny (jako sądy wartościujące) co do zasady nie mogą zniesławiać, mogą być jednak podstawą do odpowiedzialności karnej za zniewagę.

Warto zauważyć, iż zniesławienie może nastąpić w dwóch wariantach. Pierwszym, gdy dziennikarz „wymyśla” fakty/informacje które następnie opisuje, lub też gdy zniesławienie prasowe jest następstwem zniesławienia zwykłego.

W tym drugim wypadku następuje relacja między dziennikarzem a informatorem, który podaje zniesławiające wiadomości, a dziennikarz następnie je publikuje. Informator odpowiadałby wtedy dodatkowo na zasadzie pomocnictwa lub podżegania w związku z art. 212§2.

Należy jednak brać pod uwagę fakt, iż na dziennikarzu ciąży obowiązek chronienia swoich informatorów, nawet jeżeli ci zachowali się w sposób nielojalny. To na dziennikarzu w ostateczności spoczywa obowiązek sprawdzenia wszelkich informacji nawet jeżeli informator dotychczas był „wiarygodny”.

Nic nie stoi też na przeszkodzie, by pozwać dziennikarza za sam tytuł artykułu, który może sugerować pewną tezę, chociaż samego artykułu nie da się uznać za zniesławiający. Przyjmuje się bowiem, że autor tekstu jest zarazem autorem nagłówka.

Żeby mówić o przestępstwie zniesławienia w środkach masowego przekazu muszą zaistnieć następujące przesłanki:

1. musi zaistnieć pomówienie o postępowanie lub właściwość

2. pomówienie może poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania

3. musi nastąpić za pomocą środków masowego przekazu

4. zarzut musi być nieprawdziwy lub nie służy on społecznie uzasadnionemu interesowi

Ad. 1 problematycznym z punktu widzenia prawa jest, czy do zaistnienia pomówienia wystarczą same sądy ocenne czy też muszą one być poparte faktami. Istotą tego problemu będzie bowiem zakwalifikowanie tego typu czynu jako zniesławienia (art. 212) lub zniewagi (216 k.k.). Część doktryny przychyla się do poglądu, że by mówić o zniesławieniu należy opierać się na faktach natomiast wypowiedzi czysto ocenne należy zakwalifikować jako zniewagę. Inni uważają jednak, że nie można wykluczyć pewnych stwierdzeń ocennych jako zniesławiających.

Tego problemu nie rozwiązał do końca również Sąd Najwyższy stwierdzając w uchwale z 17 grudnia 1965r, że same oceny nie mogą stanowić podstawy zniesławienia.

Natomiast w wyroku z 2 czerwca 2003r. stwierdził, iż „przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji. Stąd też orzecznictwo Trybunału przyjmuje, iż swoboda dziennikarska obejmuje też możliwość posłużenia się przesadą, a nawet prowokacją”.

Na tym tle należy więc sięgnąć do orzecznictwa Trybunału w Strasburgu dotyczącego artykułu 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. W sprawie Ligens v. Austria Trybunał uznał, iż należy odróżnić fakty od opinii. Istnienie faktów można wykazać, podczas gdy sądy wartościujące nie poddają się dowodzeniu.

Natomiast w innych orzeczeniach Trybunał uznał, że ochronie wypowiedzi podlega nie tylko treść wypowiedzi ale również forma oraz gatunek.

Wydaje się, że pomimo powyższych orzeczeń każdy przypadek należy jednak oceniać ad casum. Czasem bowiem wypowiedzi ocenne mogą stanowić już element zniesławienia. Pewne cechy wartościujące da się bowiem udowodnić.

Ad. 2 zniesławienie jest przestępstwem formalnym, a co za tym idzie nie musi nastąpić faktyczne zniesławienie, wystarczy samo zagrożenie, że takie zdarzenie będzie miało miejsce. Chodzi tu wyłącznie o obiektywne stwierdzenie, czy dany zrzut mógł zniesławić daną osobę. Nie ma znaczenia natomiast reakcja odbiorcy, czyli subiektywne odczucie, który mógł dojść do wniosku, iż zarzut jest tak absurdalny że aż nieprawdziwy. Wynika to z samego zapisu, w którym posłużono się słowem „może”. Mówiąc kolokwialnie, może ale nie musi.

Ad. 3 Dla istoty dziennikarskiego zniesławienia istotnym jest by miało ono miejsce za pomocą środków masowego przekazu. Nie jest to oczywiście zarezerwowane tylko dla dziennikarzy, bowiem przestępstwa zniesławienia za pomocą środków masowego przekazu może dopuścić się każdy, przykładowo dając wypowiedź do kamer telewizyjnych. Nie jest też wykluczone dokonanie przestępstwa z §1 przez dziennikarza, mało jednak prawdopodobne by miało to miejsce w trakcie wykonywania zawodu.

Ad. 4 Jest wynikiem interpretacji art. 213 k.k. będącego kontratypem dla art. 212. „Nie popełnia przestępstwa (…) kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut służący obronie społecznie uzasadnionego interesu.” Tak więc zarzut musi być nie tylko prawdziwy lecz również służyć obronie społecznie uzasadnionego interesu. Na tym tle pojawia się problem co jeżeli zarzut jest prawdziwy ale nie służy obronie społecznie uzasadnionego interesu? Przy czym ten interes społeczny „nie może być rozumiany w sposób abstrakcyjny, jest bowiem pojęciem konkretnym i musi wynikać z określonej sytuacji, wymagającej obrony tego interesu nawet z naruszeniem dobrego imienia innej osoby, grupy osób lub instytucji. Nie każde działanie jest działaniem w obronie społecznie uzasadnionego interesu ale tylko takie, które faktycznie temu służy.” Idąc tym tropem wydaje się, że nawet prawdziwe zarzuty będą wykluczone w sytuacji, w której brak będzie ochrony społecznie uzasadnionego interesu. Należy jednak zauważyć, iż na chwilę obecną przepis ten, jest niekonstytucyjny. Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z dnia 12 maja 2008r. SK 43/05 stwierdził, iż „w części obejmującej zwrot „służący obronie społecznie uzasadnionego interesu”, gdy zarzut dotyczy postępowania osób pełniących funkcje publiczne, jest niezgodny z art. 14 oraz art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji.”. Co za tym idzie w stosunku do osób pełniących funkcje publiczne zostanie wyłączona przesłanka „społecznie uzasadnionego interesu” (pozostaje ona jednak w innych przypadkach).



środa, 24 lutego 2010

O kłamstwie (bez)karnym

Kłamstwo jest dość powszechne w naszym życiu codziennym. Jeżeli wierzyć naukowcom, człowiek kłamie przynajmniej 4 razy dziennie. Często jest to sposób na unikanie pewnych niemiłych dla nas konsekwencji lub wybieg aby nie sprawić przykrości innym.

Mijanie się z prawdą może mieć oczywiście swoje konsekwencje, z czego największe przewiduje kodeks karny w artykule 233 k.k., jeżeli kłamstwo jest wymierzone przeciwko wymiarowi sprawiedliwości.

W § 1. mamy, iż Kto, składając zeznanie mające służyć za dowód w postępowaniu sądowym lub w innym postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy, zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Pozostałe artykuły przewidują sytuację, w których nie można pociągnąć do odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań lub kiedy sąd odstąpi od wymierzenia kary/nadzwyczajnie ją złagodzi.

Przedmiotem ochrony art. 233 jest prawidłowe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości

Strona przedmiotowa czynu opisanego w art. 233 § 1 polega na tym, że sprawca, składając zeznanie mające służyć za dowód w postępowaniu sądowym lub innym prowadzonym na podstawie ustawy (czyli także przed komisją śledzą), zeznaje nieprawdę. Przestępstwa można dopuścić się przez działanie (zeznanie nieprawdy) lub zaniechanie (zatajenie prawdy)

Podmiotem może być każda osoba występująca w postępowaniu sądowym lub innym prowadzonym na podstawie ustawy o ile występuje w charakterze świadka

Strona podmiotowa polega na umyślności w formie zamiaru bezpośredniego.

Fałszywe zeznania są przestępstwem niezależnie od tego, jakie znaczenie dla sprawy mają objęte nimi informacje.Gdyby zatem stosować się do literalnego brzmienia przepisu, każde, nawet najdrobniejsze minięcie się z prawdą, powinno być karalne.

Ostatnio miały miejsce dwie głośne sprawy. W jednej postawiono zarzut składania fałszywych zeznań. W drugiej takiego zarzutu co prawda nie ma, jednak opinia publiczna (media) „przyłapała” osobę na kłamstwie pod przysięgą.

1. W pierwszym przypadku, Janusza Kaczmarka, prokuratura zarzucił składanie fałszywych zeznań odnośnie spotkania z Ryszardem Krauze podczas przesłuchania w prokuraturze odnośnie „afery gruntowej” i związanego z nią przecieku. Sprawa została umorzona, bowiem prokuratura mając na uwadze niedawne orzeczenie SN, postanowiła odstąpić od ciągnięcia sprawy.

2. W drugim przypadku mamy do czynienia z niejakim Marcinem Rosołem, który rzekomo minął się z prawdą na przesłuchaniu Komisji Hazardowej, gdzie zeznawał jako świadek.

Ad. 1 Jeżeli chodzi o pierwszą sprawę, nie do końca zrozumiałe jest oburzenie niektórych prokuratorów/polityków, którzy albo świadomie wprowadzali opinię publiczną w błąd albo zwyczajnie nie orientują się w orzecznictwie i wprowadzali opinię publiczną w błąd nieświadomie. W obu przypadkach nie świadczy to najlepiej o wypowiadających się.

Otóż prokuratura umorzyła postępowanie powołując się orzeczenie SN z dnia 22 września 2008 r. IV KK 241/2008.

1. Nie popełnia przestępstwa składania fałszywych zeznań (art. 233 § 1 kk), kto umyślnie składa nieprawdziwe zeznania dotyczące okoliczności mających znaczenie dla realizacji jego prawa do obrony (art. 6 kpk).

2. Realizacja przysługującego oskarżonemu prawa do obrony, gwarantowanego przez Konstytucję RP, wiążące Polskę konwencje międzynarodowe, jak również liczne przepisy kodeksu postępowania karnego, w tym art. 6, art. 74 § 1 i art. 175 § 1 kpk, z którego korzysta w całym postępowaniu karnym, nie pozwala na uznanie za przestępstwo działania w granicach tego prawa. Granice te muszą obejmować przy tym całokształt wyjaśnień i zeznań składanych przez oskarżonego w toku prowadzonego w jego sprawie postępowania karnego, nie wyłączając także wstępnej fazy, w której był on jeszcze przesłuchiwany w charakterze świadka.

3. Z art. 17 § 1 pkt 2 kpk. Zawarte w tym ostatnim przepisie sformułowanie: „ustawa stanowi, że sprawca nie popełnia przestępstwa” odnosić należy nie tylko do okoliczności wyłączających bezprawność czynu wskazanych wprost w ustawie karnej materialnej tj. obrony koniecznej (art. 25 kk), stanu wyższej konieczności (art. 26 § 1 kk), dozwolonego ryzyka (art. 27 kk), działania w obronie społecznie uzasadnionego interesu oraz prawdziwości zarzutu (art. 213 kk) czy działania na rozkaz (art. 318 kk), lecz także do tych okoliczności wyłączających bezprawność czynu, których podstawą są inne konkretne normy prawne, jak choćby kontratypu tzw. samopomocy legalnej (art. 432 § 1, art. 343 § 2 i inne kc), działania w ramach swoich praw i obowiązków, czynności leczniczych czy przerwania ciąży. Tak, więc działanie oskarżonego w ramach przysługującego mu prawa do obrony i wynikających z niego prawa do milczenia (art. 175 kpk) oraz wolności od samooskarżania (art. 74 § 1 kpk), stanowiąc ustawowy kontratyp wyłączający przestępność czynu z art. 233 § 1 kk, mający swą podstawę we wskazanych wyżej przepisach ustawy karnej procesowej, skutkuje powstaniem negatywnej przesłanki procesowej z art. 17 § 1 pkt 2 kpk, a nie z art. 17 § 1 pkt 11 kpk.

Wbrew twierdzeniom, postanowienie to nie powstało „na potrzeby sprawy Kaczmarka”, a jest konsekwentną linią orzeczniczą Sądu Najwyższego (chociaż wszystko wiedzący „prominentny” polityk z partii, która powinna się w tych tematach orientować uważa inaczej - http://www.tvn24.pl/12690,1631319,0,2,za-po-przestepcy-moga-liczyc-na-bezkarnosc,wiadomosc.html) .

Uchwałą z dnia 20 września 2007r. I KZP 26/07 (czyli niespełna miesiąc po postawieniu zarzutów! Nie rok po!) Sąd Najwyższy orzekł, iż

1. Nie popełnia przestępstwa fałszywych zeznań (art. 233 § 1 kk) kto umyślnie składa nieprawdziwe zeznania dotyczące okoliczności mających znaczenie dla realizacji jego prawa do obrony (art. 6 kpk);

(polecam lepsze i bardziej profesjonalne opracowanie tematu odnośnie tej uchwały: http://www.edukacjaprawnicza.pl/index.php?mod=m_aktualnosci&cid=43&id=470 )

I dalej Uchwała SN z dnia 26 kwietnia 2007r, I KZP 4/07:

Nie ponosi odpowiedzialności karnej na podstawie art. 233 § 1 kk osoba, która przesłuchana została w charakterze świadka wbrew wynikającemu z art. 313 § 1 kpk nakazowi przesłuchania jej jako podejrzanego.

Oraz kilka innych, dość dawnych orzeczeń SN i Sądów Apelacyjnych. Trudno tu zatem mówić o „pojedynczym orzeczeniu”.

Ad2. Tu mamy do czynienia z zeznaniami przed Komisją Hazardową. Zgodnie z postanowieniem SN z dnia 2 lutego 2004r.

Zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy przez świadka w postępowaniu innym niż sądowe, wypełnia znamię czynności sprawczej przestępstwa określonego w art. 233 § 1 kk wtedy, gdy toczy się ono na podstawie ustawy, której przepisy stanowią, że zeznanie świadka służy za dowód w tym postępowaniu i uprawniają zarazem przyjmującego zeznanie do uprzedzenia świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznanie.

Zatem teoretycznie można postawić panu Rosołowi zarzuty. Tylko czy sprawa utrzymałaby się w sądzie? Po analizie wyżej przedstawionych orzeczeń SN, wydaje się, że nie, bowiem wygląda na to, że pan Rosół korzystał z prawa do obrony. Również pierwsze przytoczone orzeczenie jasno wskazuje, że zeznania takie korzystają z prawnej ochrony.

Oczywiście pamiętać należy o jednej dość istotnej kwestii, otóż w Polsce nie mamy do czynienia z precedensami. Orzeczenia Sądu Najwyższego wiążą tylko w konkretnej sprawie, a nie w pozostałych, zatem linia orzecznicza może się w tym zakresie zmienić.

Nie mniej jednak, w świetle powyższego, kłamać można, o ile wypełnia się tym samym własne prawo do obrony. Inaczej mówiąc: gdy kłamiemy aby nie bronić siebie przed ewentualną odpowiedzialnością, to musimy się liczyć z zarzutami z art. 233 k.k.

wtorek, 16 lutego 2010

O podsłuchach w "Aferze Gruntowej"

Jak podsłuchują służby

Stosowanie podsłuchów w „Aferze Gruntowej”, budzi parę wątpliwości, warto przyjrzeć się paru kwestiom trochę bliżej i zadać parę pytań.

Przede wszystkim należy przypomnieć kilka faktów powszechnie znanych:

a) Akcja CBA została „spalona” 6 lipca 2007r.

b) Janusz Kaczmarek zostaje przesłuchany po raz pierwszy 13 lipca 2007r. a po raz drugi 8 sierpnia 2007r.

c) Na drugie przesłuchanie J.K. przylatuje specjalnie z Włoch przerywając urlop. Jarosław Kaczyński (ani nikt inny) nie poinformował go o odwołaniu z funkcji. J.K. wrócił do Włoch

d) 30 sierpnia 2007r. J.K. postawiono dwa zarzuty z art. 233 § 1 k.k. (fałszywe zeznania) oraz 239 § 1 k.k. (pomoc sprawcy przecieku)

Teraz, kilka faktów znanych mniej:

a) J.K., oraz jego rodzina, byli podsłuchiwani od maja 2007r.

b) Jedną z podsłuchujących służb była ABW

c) Drugą z podsłuchujących służb było CBA

d) Prokuratura nie podsłuchiwała, ani nie zlecała podsłuchiwania. Zrobili to odpowiednio szef ABW oraz szef CBA.

Zadania ABW zostały określone w art. 5 ustawy z dnia 24 maja 2002r. ustawy o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego

Nie ma w nich nawet wzmianki o składaniu fałszywych zeznań lub poplecznictwa. Istnieje natomiast nieostry zwrot „innych przestępstw godzących w bezpieczeństwo państwa”. W opinii do projektu ustawy za te „inne przestępstwa” uznano przestępstwa z rozdziału XVII k.k. czyli przestępstwa przeciwko RP. Niestety nie ma tam przedstawionych J.K. zarzutów.

Wypowiedział się w tej kwestii Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa (sygn. akt XIV Kp 2482/07) rozpatrując zażalenie J.K. na postanowienie Prokuratury Okręgowej w Warszawie odnośnie zastosowania poręczenia majątkowego oraz zakazu opuszczania kraju.

„(…)nie jest dopuszczalne ograniczenie praw i wolności konstytucyjny, jak np. prawo do prywatności i wolności komunikowania się, które nie znajduje uzasadnienia w ustawie dopuszczającej ograniczenie wolności ze względu na bezpieczeństwo państwa i porządek publiczny”.

„A kontrola operacyjna nie może mieć charakteru abstrakcyjnego, lecz jak najściślej skonkretyzowany i ograniczający prawdopodobieństwo nadużyć w jej stosowaniu”.

Sąd odniósł się również do podsłuchów CBA. W ustawie o CBA z dnia 9 czerwca 2006r. jej zadania są określone w art. 2. Tam niestety (?) również nie ma przestępstw określonych w art. 233 oraz 239 k.k.

Zatem obie służby przekroczyły swoje ustawowe kompetencje.

Pytania:

a) dlaczego służby podsłuchiwały od maja 2007r. skoro „przeciek” nastąpił 6 lipca 2007r., formalne wszczęcie postępowania 13 lipca, a postawienie zarzutów nastąpiło 30 sierpnia 2007r?

b) dlaczego podsłuchiwały, skoro zarzuty dotyczyły składania fałszywych zeznań oraz rzekomej pomocy sprawcy przecieku?

niedziela, 7 lutego 2010

Kształćmy Miernych, Biernych ale Wiernych?

Ostatnie zawirowania wokół zawodów prawniczych nie napawają optymizmem.
Nie wiadomo bowiem komu mają służyć proponowane zmiany, bo na pewno nie społeczeństwu. Nadanie zbyt wielu możliwości jednej stronie przy jednoczesnym odbieraniu ich drugiej, stawiają pod znakiem zapytania już nie tyle kompetencje ustawodawcze, co dobrą wolę polityków.

Egzamin na aplikację ogólną nie należał do najłatwiejszych. By się dostać, wpierw trzeba było uzyskać odpowiednią liczbę punktów. Następnie mieć nadzieję, że nie zostanie się odciętym, jeżeli inni uzyskali tych punktów więcej, bo liczba miejsc była ograniczona.

Dostało się tam wielu moich znajomych ze studiów, inteligentnych ludzi. Ale…

Ustawą z dnia 23 stycznia 2009r. powołano do życia Krajową Szkołę Sądownictwa
i Prokuratury. Jednym z podstawowych zadań Szkoły jest prowadzenie aplikacji: ogólnej, sędziowskiej i prokuratorskiej, których celem jest uzyskanie przez aplikantów niezbędnej wiedzy i praktycznego przygotowania do zajmowania stanowiska sędziego, prokuratora, asesora prokuratury, asystenta sędziego, asystenta prokuratora i referendarza sądowego.

Cel jest niewątpliwie szczytny, pojawia się jednak pewien dość istotny szkopuł. Za pięć lat, gdy być może będę już adwokatem i przyjdzie mi bronić kogoś z urzędu, stanę przed Sądem, gdzie świeży prokurator odczyta akt oskarżenia, a świeży sędzia poprowadzi rozprawę. Koledzy z ławki… I co ja mam wtedy zrobić? Wnosić za każdym razem
o wyłączenie na podstawie art. 41 § 1 k.p.k.? Za każdym razem czyli po kilku latach zawsze?

Oczywiście może być też tak, że na aplikacji przyszłych panią sędzię i pana prokuratora połączył gorący romans, który szybko się wypalił. Od tamtego czasu są jak pies z kotem,
więc ciach – trzeba sobie dowalić.

Innymi słowy, będę miał do czynienia z osobami połączonymi jakąś więzią emocjonalną, bez względu na to czy pozytywną czy negatywną. Wielu przypadkach takie relacje są jednak co najmniej dobre. Nie oszukujmy się również, wybranie Krakowa na siedzibę Szkoły również nie jest przypadkiem. Ponoć miał być oddział w Gdańsku, lecz z „niewiadomych” przyczyn z pomysłu się wycofano.

Dodajmy teraz do tego co raz większe „otwieranie” wolnych zawodów, które chce kontrolować państwo. Wpierw test urągający inteligencji zdających (w dodatku bez limitu przyjęć – vide radcowie prawni w Warszawie: 2000 apl), a następnie „reformy” zapoczątkowane zabraniem egzaminów samorządom oraz praktyk w sądach i prokuraturach. Bo praktyki de facto, dzięki ustawie z dnia 20 lutego 2009r., już nie istnieją. Tylko w gestii Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury leży, czy coś jednak będzie. Zatem ci odpowiedzialni za kształcenie prokuratorów i sędziów (w ograniczonej ilości, czyli na swój sposób elitarny zawód) mają również wpływ na kształcenie swoich „przeciwników” procesowych.

Więc gdy Szkoła powie „nie”, aplikanci adwokaccy i radcowscy (bądź już ich fuzyjni odpowiednich) będą mieli tylko kolejne wykłady. W sumie dziw bierze, że jeszcze nie wprowadzono przepisów, żeby to studencik z ciepłą jeszcze mgr bronił oskarżonych.
Bo czemu nie? Pewnie zwolenników zaostrzenia kar dla przestępców może to cieszyć, wszak nieprzygotowany obrońca oraz szkolni znajomi prokurator i sędzia doprowadzą do jednego słusznego wyroku. Jednak trzeba patrzeć ciut dalej.

O ile dalej? Pod tym względem proponuję lekturę książki Otto Hansa – Dietera
„W imieniu pomyłki”.

Komu bądź czemu ma służyć taki stan rzeczy? Politykom kupującym sobie głosy mgr prawa? Społeczeństwu, które pozbawione będzie profesjonalnych pełnomocników? A może prokuraturze i sądom, które mają najgorsze od lat wyniki zaufania publicznego? Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że jeżeli dojdzie kiedyś do sytuacji opisywanych w książce, to ich „bohaterami” będą politycy, którzy do tego doprowadzili. Bo wygląda na to, że chcą mieć miernych biernych ale wiernych…

niedziela, 31 stycznia 2010

Dokąd zmierza dziennikarstwo

Światowy kryzys gospodarczy jaki zaistniał po upadku banku Lehman Brothers nie ominął również branży medialnej. Redukcje zatrudnienia, cięcia kosztów, problemy z płynnością finansową, a w najgorszych wypadkach zamknięcie redakcji. Wszystko tak, jak w większości innych firm.

A jednak nie sposób wyjść z założenia, że kryzys w świecie mediów zaczął się znacznie wcześniej i bynajmniej nie dotyczył on tylko problematyki finansowej. Nie jest to również wyłącznie kryzys dotyczący sfery technologicznej, gdzie Internet bezspornie wygrywa na polu szybkości dostarczanych informacji z telewizją, radiem i przede wszystkim prasą. Prasą, która wydaje się być w najgorszej kondycji ze wszystkich mediów.

Jednak problem dotyka także samego dziennikarstwa jako zawodu. Nierzetelne, nieprawdziwe bądź wyrwane z kontekstu informacje, sprowadzanie wiadomości do płaszczyzny emocji z pomijaniem meritum sprawy, to tylko jedne z wielu pozycji na liście zarzutów w stosunku do mediów.

Ponieważ można zaryzykować stwierdzenie, że wszędzie na świecie schemat rozwoju, świetności i upadku mediów wygląda podobnie, pozwolę sobie skoncentrować się na przykładzie Polski. Przypadku ciekawym o tyle, że widać tu w przyspieszonym tempie procesy zachodzące w innych krajach na przestrzeni wielu lat. Wynika to z prostej przyczyny, że polskie dziennikarstwo jest stosunkowo młode, nadal rozwijające się, a zarazem rzucone na głęboką wodę i zmuszone do zmagania się z problemami trawiącymi resztę świata.

Krótka historia mediów w Polsce

Media w Polsce niedawno obchodziły swoje dwudziestolecie. Dopiero bowiem w 1989r., podczas jednej z rozmów w Magdalence pod Warszawą, ustalono, że w Polsce zostanie zniesiona cenzura. Dzięki temu 11 kwietnia 1990 roku znowelizowano Prawo prasowe wprowadzając zapis „Prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej”. Jeszcze tego samego dnia Sejm jednogłośnie zniósł cenzurę.

Początki oczywiście były trudne. Jak prowadzić redakcję, o czym, a może przede wszystkim o kim, pisać. Z czasem jednak media w Polsce zaczęły nabierać pewności siebie i 10 lat później już nie wahały się opisywać różnych afer, działań władzy czy biznesu na styku cienkiej granicy prawa i bezprawia.

Powstaje co raz więcej tytułów prasowych, a także powstają pierwsze telewizje prywatne. Mniej więcej na lata 1999 – 2006r. przypada okres rozwoju tak zwanego dziennikarstwa śledczego. Następuje wysyp pierwszo stronnicowych afer „Watergate”, które zweryfikowane przez sądy w latach 2007- 2009r. okazują się zwykłymi paszkwilami.

Następnie mamy lata 2005 – 2007r. mocny podział społeczeństwa, ze względu na ówczesną władzę, a co za tym idzie nastąpił podział świata mediów często przekształcający się w otwartą wojnę między redakcjami.

W końcu lata 2008 – 2009r. światowy kryzys gospodarczy, który nie omija Polski.

Problemy prasy

Problemy prasy w stosunku do radia i telewizji wydają się być szczególne, a światowy kryzys je tylko dobitnie uwidocznił. Internet zrobił to, czego nie były wstanie uczynić radio i telewizja. Zmusił prasę do defensywy. Nastąpiło niesamowite zintensyfikowanie napływu informacji. Co minutę jesteśmy informowani o najnowszych zdarzeniach, które miały miejsce na świecie. Gazeta nie ma szans, by dokonywać tego na bieżąco. Już wprowadzenie radia i telewizji doprowadziło do rezygnacji z wydań tak zwanych wieczornych gazet.

Na podstawie powyższego niewątpliwie widać problem „technologiczny” prasy, jakim jest szybkość przekazu informacji jak również problemy logistyczne jakie by się z tym ewentualnie wiązały. Dodatkowo należy dodać zmianę pokoleń. Skoro dzisiejsza młodzież jest w stanie uzyskać informacje na dowolny temat z dowolnego miejsca na ziemi (w którym jest Internet) to po co ma czytać gazety?

Rodzi się zatem pytanie, jaki jest sens kupowania codziennej gazety, skoro informacje w niej zawarte są już „nieaktualne”? Przekłada się to, na zmniejszenie sprzedaży nakładu gazety co prowadzi w konsekwencji do dalszych problemów. W Polsce ten czynnik jest dodatkowo odczuwalny w wyniku spadku czytelnictwa w ogóle. Według badań większość Polaków preferuje telewizor nad słowo pisane.

Spadek sprzedaży gazet pociąga za sobą kolejne konsekwencje. Mniejsza ilość odbiorców sprawia, że reklamodawcy przestają być zainteresowani dalszym zamieszczaniem reklam. Tu należy zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze kryzys nie uniknął również rynku reklam, co za tym idzie chęć zamieszczania reklam w prasie spadła. Drugą rzeczą jest naturalne poszukiwanie jak największej ilości odbiorców, do których może dotrzeć, za mniejszą cenę. Powierzchnia reklamowa w gazecie może kosztować nawet 2.5 razy więcej niż w Internecie. To z kolei przekłada się na mniejsze wpływy wydawnictwa i konieczność szukania ich gdzie indziej. Najlepszymi sposobami od wieków jest reorganizacja redakcji, czyli zwykła redukcja zatrudnienia, oraz zwiększenie ceny egzemplarzowej.

Ponieważ zazwyczaj bardziej się opłaca zwolnić doświadczonego dziennikarza, który jest zatrudniony na umowę o pracę (czyli prócz wynagrodzenia trzeba mu opłacać stosowne składki na ubezpieczenie lekarskie oraz emeryturę) niż młodego, niedoświadczonego i pozbawionego warsztatu dziennikarza, w konsekwencji może to sprzyjać znacznemu osłabieniu jakości zawartych w nim tekstów. Dobrze obrazuje to przykład „dziennikarki”, która pisząc tekst zamiennie używała słowa Libia i Liban. Nie budzi wątpliwości, ze spadek jakości może pociągnąć za sobą dodatkowe zmniejszenie zainteresowania taką gazetą i w konsekwencji kolejny spadek sprzedaży.

Taki sam rezultat może wyniknąć w przypadku podwyższenia ceny egzemplarzowej gazety, chociaż w mniejszym zakresie. Tym samym powstaje efekt zamkniętego koła.

Ze zwiększeniem sprzedaży egzemplarzowej w Polsce gazety próbowały sobie poradzić między innymi poprzez niską politykę cenową. „Dziennik Polska Europa Świat” (kiedyś Axel Springer, dziś Infor) wchodząc na rynek i chcąc odebrać czytelników „Gazecie Wyborczej” zaatakował ceną 1zł (w tym czasie „Gazeta Wyborcza kosztowała 2 zł.). Doprowadziło to do upadku projektu „Dziennika”, który ostatecznie połączył się z inną gazetą („Gazetą Prawną”) i dziś ukazuje się w postaci „Dziennik Gazeta Prawna”.

Poza polityką cenową wysokość nakładu starano się utrzymać za pomocą prenumeraty. Pozwalało to na związanie czytelnika z gazetą na dłuższy okres czasu, w zamian dostawał on gazetę nawet o 75 % tańszą niż w kiosku. Wydawcy do nakładu dodawali również te egzemplarze, które trafiały do pociągów, samolotów, a nawet do Mc’Donalda. Sporą popularnością cieszyło się również dodawanie różnego rodzaju upominków do gazet – zazwyczaj płyt cd z muzyką bądź filmami.

Podobny sposób przyciągania klienta mają czasopisma odzieżowe, choć nie tylko – czasopisma budowlane też tak robią, zamieszczają one kupony rabatowe do wykorzystania w poszczególnych sklepach. Takie czasopismo ma zwiększoną sprzedaż, a sklep zwiększone obroty. W wielu przypadkach jednak taki czytelnik nie jest czytelnikiem stałym, a jego zainteresowanie kończy się wraz z wyciągnięciem kuponu.

Czy zatem mając na uwadze co powyższe i biorąc pod uwagę, że kryzys finansowy tylko nasilił te zjawiska, można uznać, iż rynek prasowy odejdzie do lamusa? Wydaje się, że nie.

Rzeczywiście wiele gazet codziennych zdało sobie sprawę z faktu, że trend spadkowy jest nieunikniony i nawet koniec kryzysu go nie powstrzyma. Spowodowało to, że w wielu krajach redakcje zaczęły uciekać do Internetu, gdzie koszta są o wiele mniejsze. Kolejny krok zrobił „The New York Times” który zamierza udostępniać swoje informacje odpłatnie.

Możliwe jest jednak jeszcze takie rozwiązanie, gdzie gazeta staje się dobrem luksusowym ewentualnie jest drukowana na życzenie. To ostatnie rozwiązanie jest już możliwe w Niemczech w Hamburgu. W specjalnym kiosku można sobie wydrukować w zasadzie dowolną gazetę ze świata.

Gdyby nawet jednak gazeta codzienna się nie utrzymała, to wydaje się, że tygodniki polityczne, prasa fachowa czy plotkarska jeszcze długo może się utrzymać. Tygodniki będą musiały się jednak dostosować w ten sposób, że postawią na rozwiniętą publicystykę (niewykluczone, że zrobią tak również gazety codzienna, utrzymując się tym samym na rynku). Funkcja informacyjna zejdzie na boczny tor, a prym zaczną wieść funkcja opiniotwórcza – czyli kształtowania poglądów społeczeństwa na sprawy dla niego istotne – oraz funkcja łącznika społeczeństwa z władzą.

Prasa fachowa co do zasady ma niezmienną ilość odbiorców, co za tym idzie nie mają dla czytelników znaczenia skoki cenowe, które w takim wypadku są mało odczuwalne (zmiana ceny gazety codziennej o 50 gr. daje w ciągu miesiąca stratę w wysokości ok. 15 zł miesięcznie. Wzrost ceny dajmy na to dwutygodnika nawet o 5zł daje ubytek w budżecie domowym w wysokości 10 zł.). Straty w tym przypadku dotyczą bardziej zmniejszenia się aktywności rynku reklamowego wynikającego z kryzysu.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden dość istotny aspekt. Dziś trudno sobie wyobrazić redakcję prasową, która nie posiadałaby swojej strony internetowej. Często informacje w internetowym wydaniu są bardziej rozbudowane od tych w wydaniu papierowym. Jeżeli zatem gazety codzienne wycofają się tylko do Internetu to czy jednak nie będzie to bardziej na zasadzie postępu?

Dodatkowo zwróćmy uwagę, że ostatnio dużo mówi się o urządzeniu zwanym „Kindle”. Jest to przenośne urządzenie do czytania e-booków, wprowadzone przez firmę Amazon.com na rynek amerykański w listopadzie 2007 roku. Jednakże prócz książek, ze strony amazon.com można ściągać również aktualne wydania coraz większej ilości gazet. Warto dodać, że nie jest to jedyne takie urządzenie na świecie, powstaje ich co raz więcej, a zatem niedługo będzie ogólnodostępne. Jest to kolejny krok na drodze do rezygnacji z papieru.

Zauważmy, że w zależności od słowa, poszerzanie bądź zawężanie się jego znaczenia jest procesem naturalnym. Może zatem dojść do sytuacji, gdzie „gazeta codzienna” tak naprawdę będzie się odnosiła do informacji dostarczanych codziennie, bez względu na rodzaj nośnika informacji. Tak jak do tej pory nośnikiem informacji jest papier, tak teraz byłyby nim nowe urządzenia.

Powyższe potwierdza bardzo szybki rozwój rynku internetowego poprzez jego dostosowywanie do telefonii komórkowej. Przeglądanie wiadomości na smartphonach czy nawet „zwykłych” komórkach nie jest dziś już niczym nadzwyczajnym. Jest to szansa na dotarcie do młodszego pokolenia, dla którego notepady oraz smartphony są czymś naturalnym. Prawa rynku są bezwzględne i kto nie chce zginąć musi się dostosować.

Zatem „koniec” gazet, nawet w papierowym wydaniu, wcale nie jest przesądzony, istnieje całkiem spore pole do popisu problemem jest tylko jego umiejętne wykorzystanie.

Problem Tabloidyzacji mediów

Większym problemem dla świata mediów wydaje się ich tabloidyzacja, bynajmniej nie sprowadzająca się tylko do prasy, chociaż od niej pochodząca. Powyżej pisałem o tym, że ogólnie poczytność gazet spada oraz podałem powody takiego stanu rzeczy. Temu schematowi niejako wymykają się tabloidy. Są jednymi z niewielu gazet, które utrzymały ilość sprzedanych egzemplarzy na podobnym poziomie jak przed kryzysem, pomimo podniesienia ceny, redukcji zatrudnienia itp.. To samo tyczy się prasy plotkarskiej. Dlaczego?

Można pokusić się na odpowiedź, że jest to wyrazem popytu społeczeństwa na to „dobro”. W samej Polsce „Fakt” miał nakład większy o prawie 100tyś egzemplarzy od opiniotwórczej gazety, jaką jest „Gazeta Wyborcza”. Skoro więc taka treść ma większą sprzedaż, to zapewne jej przeniesienie do telewizji również zwiększy oglądalność.

Najlepszym tego przykładem jest wysoka popularność takich programów jak „Big Brother”, „Idol”, „Mam talent” czy „Taniec z gwiazdami”, które nie niosą za sobą tak naprawdę żadnych wartości, a ostateczny wynik zależy tak naprawdę nie od umiejętności ale od osobistych upodobań widzów.

Z drugiej strony mamy serwisy informacyjne, które mają spadającą oglądalność. Zatem żeby przyciągnąć widza, również, zdawałoby się, ambitne programy telewizyjne zaczynają iść bardziej w kierunku sensacyjności, emocji i „show” niż „zwyczajnego” informowania widzów.

Warto jednak zauważyć, że tabloidyzacja mediów bardziej dotyczy telewizji i gazety codziennej. Jest mniejsza w stosunku do tygodników oraz czasopism fachowych oraz do radia. W przypadku tygodników opinii szybkość pozyskiwania informacji nigdy nie była priorytetem, bardziej chodziło o rzetelną informację i pogłębioną analizę.

Dodatkowo mediom wyrosła konkurencja w postaci tak zwanego „dziennikarstwa obywatelskiego”. Sprzyja temu, tyle razu już przywoływany, rozwój Internetu, gdzie każdy może mieć swojego bloga, fonologa czy videobloga, zamieszczać własne filmiki na youtube i wiele innych. Kilka redakcji próbuje wykorzystać „potencjał” obywateli, jednak z różnym skutkiem. Tylko nasuwa się pytanie, czy gdy każdy może być dziennikarzem to czy nie wpłynie to na samo dziennikarstwo? Na zasadzie kontrastu można zapytać, czy gdyby wszyscy mogli nagle zostać „lekarzami obywatelskimi”, to czy liczba chorych by wzrosła, czy też mogłoby się wydarzyć coś zgoła innego?

Kolejnym problemem jest sposób prowadzenia dziennikarstwa. Sposób w jaki uzyskiwane są informacje, ich weryfikacja, podanie do publicznej wiadomości – wszystko to ostatnio pozostawia wiele do życzenia tak pod względem etycznym jak i niestety prawnym. Widać to w szczególności na przykładzie dziennikarstwa śledczego, które powinno cechować się szczególnego rodzaju starannością i dokładnością. Natomiast w samej Polsce na przestrzeni kilku ostatnich lat mamy okazję przyglądać się powstawaniu pewnej karykatury dziennikarstwa. Wielkie wyobrażenie o sile tego rodzaju żurnalistyki wynikało z mitu „Afery Watergate” gdzie dwoje dziennikarzy doprowadziło do obalenia prezydenta. Dziś dochodzi natomiast do sytuacji, gdzie śledztwo jest wymyślone od początku do końca, bądź kompletnie nierzetelne. Trudno do końca dociec co jest przyczyną takiego załamania się standardów. Wydaje się jednak, że zawsze tam gdzie trafiają nieodpowiedni ludzie dochodzi do nadużyć.

Trochę inaczej widzi to prof. Stephen Russ – Mohl w art. „Błędne Koło” Werbewoche, nr 43, Grudzień 2004. powołując się na wyniki badań Andrei Shleifer z Uniwersytetu Harvarda, uważa, że przyczyną niskiej jakości dziennikarstwa jest kapitalizm, a dokładniej mówiąc wolny rynek. Ponoć na podstawie przeprowadzonych obserwacji okazało się, że ludzie konkurując ze sobą by osiągnąć zamierzony cel, coraz dalej przesuwają granicę w dopuszczalnych działaniach. Coś co kiedyś było nie do pomyślenia, nie tylko jako nieetyczne ale wręcz bezprawne, dziś zaczyna stawać się powszechne.

Dochodzi więc do sytuacji, w których postępowanie etyczne staje się drogie i nieopłacalne, co ostatecznie doprowadza do uprawiania mniej profesjonalnego dziennikarstwa, pozbawionego w dodatku oparcia w etyce.

Jako pocieszenie ma natomiast działać fakt, iż im bogatsze staje się społeczeństwo tym większa wola płacenia za postępowania etyczne. Powoduje to bowiem, że sankcje tak moralne jak i prawne działają o wiele lepiej w państwach zamożniejszych.

Na tej podstawie Russ – Mohl stawia pytanie, czy standardy etyczne w mediach są dobrem luksusowym i kiedy jesteśmy gotowi za nie płacić. Czy tylko w okresie dobrobytu?

Jego pytanie zostało zadane 5 lat temu, wydaje się jednak nadal aktualne. Czy i ile jesteśmy bowiem gotowi zapłacić? Czy dzięki temu dziennikarstwo odzyska swój prestiż? Możliwe. Tylko, że wtedy jakże smutnym wydaje się stare powiedzenie, że „pieniądz rządzi światem”.

W pamięci warto mieć jednak również fakt, że w momencie osiągnięcia dna można się już tylko odbić. Koniec kryzysu pokarze, w którym kierunku pójdzie dziennikarstwo. Pamiętać jednak musimy, że jeżeli dziennikarstwo nie odzyska swojego „blasku” to będzie to również nasza wina. Media spełniają tylko nasze zachcianki.