Ostatnie zawirowania wokół zawodów prawniczych nie napawają optymizmem.
Nie wiadomo bowiem komu mają służyć proponowane zmiany, bo na pewno nie społeczeństwu. Nadanie zbyt wielu możliwości jednej stronie przy jednoczesnym odbieraniu ich drugiej, stawiają pod znakiem zapytania już nie tyle kompetencje ustawodawcze, co dobrą wolę polityków.
Egzamin na aplikację ogólną nie należał do najłatwiejszych. By się dostać, wpierw trzeba było uzyskać odpowiednią liczbę punktów. Następnie mieć nadzieję, że nie zostanie się odciętym, jeżeli inni uzyskali tych punktów więcej, bo liczba miejsc była ograniczona.
Dostało się tam wielu moich znajomych ze studiów, inteligentnych ludzi. Ale…
Ustawą z dnia 23 stycznia 2009r. powołano do życia Krajową Szkołę Sądownictwa
i Prokuratury. Jednym z podstawowych zadań Szkoły jest prowadzenie aplikacji: ogólnej, sędziowskiej i prokuratorskiej, których celem jest uzyskanie przez aplikantów niezbędnej wiedzy i praktycznego przygotowania do zajmowania stanowiska sędziego, prokuratora, asesora prokuratury, asystenta sędziego, asystenta prokuratora i referendarza sądowego.
Cel jest niewątpliwie szczytny, pojawia się jednak pewien dość istotny szkopuł. Za pięć lat, gdy być może będę już adwokatem i przyjdzie mi bronić kogoś z urzędu, stanę przed Sądem, gdzie świeży prokurator odczyta akt oskarżenia, a świeży sędzia poprowadzi rozprawę. Koledzy z ławki… I co ja mam wtedy zrobić? Wnosić za każdym razem
o wyłączenie na podstawie art. 41 § 1 k.p.k.? Za każdym razem czyli po kilku latach zawsze?
Oczywiście może być też tak, że na aplikacji przyszłych panią sędzię i pana prokuratora połączył gorący romans, który szybko się wypalił. Od tamtego czasu są jak pies z kotem,
więc ciach – trzeba sobie dowalić.
Innymi słowy, będę miał do czynienia z osobami połączonymi jakąś więzią emocjonalną, bez względu na to czy pozytywną czy negatywną. Wielu przypadkach takie relacje są jednak co najmniej dobre. Nie oszukujmy się również, wybranie Krakowa na siedzibę Szkoły również nie jest przypadkiem. Ponoć miał być oddział w Gdańsku, lecz z „niewiadomych” przyczyn z pomysłu się wycofano.
Dodajmy teraz do tego co raz większe „otwieranie” wolnych zawodów, które chce kontrolować państwo. Wpierw test urągający inteligencji zdających (w dodatku bez limitu przyjęć – vide radcowie prawni w Warszawie: 2000 apl), a następnie „reformy” zapoczątkowane zabraniem egzaminów samorządom oraz praktyk w sądach i prokuraturach. Bo praktyki de facto, dzięki ustawie z dnia 20 lutego 2009r., już nie istnieją. Tylko w gestii Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury leży, czy coś jednak będzie. Zatem ci odpowiedzialni za kształcenie prokuratorów i sędziów (w ograniczonej ilości, czyli na swój sposób elitarny zawód) mają również wpływ na kształcenie swoich „przeciwników” procesowych.
Więc gdy Szkoła powie „nie”, aplikanci adwokaccy i radcowscy (bądź już ich fuzyjni odpowiednich) będą mieli tylko kolejne wykłady. W sumie dziw bierze, że jeszcze nie wprowadzono przepisów, żeby to studencik z ciepłą jeszcze mgr bronił oskarżonych.
Bo czemu nie? Pewnie zwolenników zaostrzenia kar dla przestępców może to cieszyć, wszak nieprzygotowany obrońca oraz szkolni znajomi prokurator i sędzia doprowadzą do jednego słusznego wyroku. Jednak trzeba patrzeć ciut dalej.
O ile dalej? Pod tym względem proponuję lekturę książki Otto Hansa – Dietera
„W imieniu pomyłki”.
Komu bądź czemu ma służyć taki stan rzeczy? Politykom kupującym sobie głosy mgr prawa? Społeczeństwu, które pozbawione będzie profesjonalnych pełnomocników? A może prokuraturze i sądom, które mają najgorsze od lat wyniki zaufania publicznego? Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że jeżeli dojdzie kiedyś do sytuacji opisywanych w książce, to ich „bohaterami” będą politycy, którzy do tego doprowadzili. Bo wygląda na to, że chcą mieć miernych biernych ale wiernych…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz