Domniemanie niewinności,
a polityczna rzeczywistość.
Politycy od prawa do lewa, albo sami albo za pomocą środków masowego przekazu, dokonują niebezpiecznego precedensu, w którym uzurpują sobie prawo do ferowania wyroków. Sytuacja ta jest tym bardziej niepokojąca, iż często tymi, którzy owe „wyroki” wydają, są parlamentarzyści.
Jak wiadomo parlamentarzyści – posłowie i senatorowie – stanowią władzę ustawodawczą. To oni są odpowiedzialni za tworzenie nowych ustaw, a co za tym idzie praw i obowiązków. Praw i obowiązków, które, jakby nie patrzeć, po przejściu odpowiedniej drogi legislacyjnej zaczynają obowiązywać również ich.
Na tym tle rodzi się zatem pytanie dlaczego osoby te, pełniące tak istotną funkcję w naszym społeczeństwie, nie przestrzegają najważniejszego aktu prawnego jaki obowiązuje w Polsce, a mianowicie Konstytucji RP z dnia 2 kwietnia 1997r.? Szczególnie, że jest to akt, który sami ustanowili.
Artykuł 42 ust. 3 Konstytucji, potwierdzony w art. 5 Kodeksu postępowania karnego, stanowi, iż „Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu.”.
Jak widać Konstytucja w sposób jasny i klarowny określa, kto i kiedy może zostać uznany „winnym”.
Na tym, nie pozostawiającym miejsca na wątpliwości, tle rodzi się pytanie, skąd wśród przedstawicieli władzy ustawodawczej tak silna tendencja do wchodzenia w buty sędziów? Dziś zwykły obywatel może odnieść wrażenie, iż „winnym” jest nie ten, kto zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądowym, a ten wskazany przez polityka.
To zjawisko jest tym bardziej niebezpieczne, iż te wszystkie sądy kapturowe, jak wspomniałem, mają miejsce za pomocą mass mediów. Działanie na zasadzie: zwołanie konferencji prasowej – obwieszczenie wszem i wobec kto dziś jest „winny” – koniec konferencji – jest przykrą praktyką tych kilku ostatnich lat.
Z innych niż przytoczone na początku przykładów można podać sprawę znanego kardiochirurga, posłanki jednego z ugrupowań politycznych, to tylko kilka tych najbardziej znanych i spektakularnych.
Należy zauważyć, iż tego rodzaju działanie często nie tylko łamie przytoczony już art. 42 ust. 3 Konstytucji, lecz również może prowadzić do naruszenia ust. 2 tego artykułu (prawo do obrony) jak również art. 45 tego aktu prawnego, w którym gwarantuje się prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy przez sąd niezależny, bezstronny i niezawisły.
Przy dzisiejszym nastawieniu mass mediów na sensację powyższe gwarancję stają się zatem pustym zapisem.
O ile jednak trudno wymagać od przedstawicieli mediów, nastawionych na ostrą konkurencję, rzetelnej weryfikacji przekazywanych za ich pomocą informacji to od przedstawicieli narodu należałoby oczekiwać przykładnego respektowania podstawowych praw każdego obywatela RP.
Samo postawienie komuś zarzutów przez prokuraturę nie jest jednoznaczne ze stwierdzeniem, iż ta osoba dopuściła się zarzucanych jej czynów. Prokurator, który zdecydował się na postawienie komuś zarzutów musi te zarzuty obronić przed sądem. Dopiero sąd stwierdzi, czy zebrany przez prokuratora materiał dowodowy jest na tyle przekonywujący by stwierdzić czy ktoś jest winny czy nie.
Dodatkowo należy zauważyć, iż zgodnie z art. 4 Kodeksu postępowania karnego organy prowadzące postępowanie są zobowiązanie również badać oraz uwzględniać okoliczności przemawiające na korzyść oskarżonego.
Nie zdarzyło się natomiast, aby tego rodzaju okoliczności były podawane przez polityków.
Najgorsze jest to, iż w momencie oczyszczenia z zarzutów przed sądem pomawiający drugą osobę nie czuje się w żaden sposób zobligowany do przeproszenia pomówionego. Co więcej prawomocny wyrok nakazujący tego rodzaju przeproszenie często traktuje, o zgrozo, jako nagonkę na jego osobę, naruszanie wolności słowa lub wprost oświadcza, iż nie ma zamiaru go respektować.
Niestety ostatnio można odnieść wrażenie, iż potrzeba osądzania przez polityków postępuje. Dochodzi do sytuacji, gdy już samo doniesienie medialne zaczyna wystarczać za podstawę do „wyrokowania”. O ile jeszcze pewne uzasadnienie można znaleźć w sytuacji, gdy są postawione zarzuty karne – daje to jakieś podstawy do przypuszczeń, iż naruszono przepisy prawa – o tyle w przypadku braku takich zarzutów można mówić co najwyżej o „zarzutach medialnych”.
Bywały oczywiście doniesienia medialne, które skutkowały wszczęciem postępowania karnego, postawieniem zarzutów i w ostateczności nawet wyrokiem skazującym, jednak od pewnego czasu mechanizm zaczyna działać w drugą stronę.
To w prokuraturze dziennikarze otrzymują informacje o toczącym się postępowaniu „w sprawie” gdzie bywa, iż występują osoby znane. Następnie wystarczy opublikować daną osobę w jakimś kontekście zainteresują się tym politycy i już mamy opisywany powyżej proceder.
Czy, i jak, można się bronić przed tego rodzaju atakami?
Zazwyczaj media starają się skontaktować z drugą stroną, dając jej poniekąd możliwość obrony. Należy jednak zauważyć, iż taka osoba zmuszona jest do tłumaczenia się, wyjaśniania, a niestety w naszym społeczeństwie nadal pokutuje przekonanie, że kto się tłumaczy to ma coś na sumieniu. Tym samym dając wypowiedź taka osoba jeszcze bardziej się pogrąża.
Podstawowym sposobem, a w zasadzie miejscem, obrony pozostaje nadal sąd. Sprawiedliwości można dochodzić na drodze postępowania karnego – wnosząc prywatny akt oskarżenia, najczęściej z art. 212 k.k. dotyczącego zniesławienia ewentualnie 216 k.k. dotyczącego zniewagi. Na chwilę obecną jest to najczęściej stosowany sposób na wykazanie nieprawdziwości twierdzeń. W miarę szybkie rozstrzygniecie sprawy daje szanse na oczyszczenie się z medialnych zarzutów nim wszyscy zapomną o sprawie.
Problemem jest jednak kwestia immunitetów. Żeby pociągnąć posła bądź senatora do odpowiedzialności karnej należy wpierw wystąpić ze stosownym wnioskiem do Marszałka Sejmu/Senatu. Następnie wniosek taki jest przegłosowywany w danej izbie. Istnieje więc pewne ryzyko, iż wniosek taki nie zostanie uznany.
Można też wystąpić na drogę procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych, wiąże się to jednak z pewnymi kosztami jak również czasem. Obecnie sądy są przeciążone, a tym samym udowodnienie swoich racji może odsunąć się w czasie.
Niestety doświadczenia ostatnich lat wykazały, iż często wyroki nakazujące zwykłych przeprosin są nierespektowane i istnieje problem ich wyegzekwowania.
Każdy z tych sposobów jest obarczony wadami i niestety nie zanosi się na szybkie ich usprawnienie.
Innym problemem jest sytuacja, w której mamy do czynienia z osobą, której postawiono zarzuty. Może dojść do sytuacji, w której prokuratura umarza śledztwo z powodu „braku dowodów”.
W takim wypadku nadal pozostaje kwestia „osoby podejrzanej”. Wydaje się, iż jedynym rozwiązaniem jest domaganie się, by prokuratura wniosła akt oskarżenia do sądu by tam zapadł prawomocny wyrok uniewinniający. Wydłuża to jednak całe postępowanie i po raz kolejny odwleka moment oczyszczenia się z zarzutów.
Co zatem wypadało by zrobić? Zazwyczaj najprostsze rozwiązania bywają najtrudniejsze. Wystarczyłoby bowiem, aby ci, którzy rzekomo stoją na straży praworządności, a niewątpliwie ustanawiają prawo, zaczęli go przestrzegać. Przynajmniej w stopniu podstawowym – na etapie Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej.